Kategorie
rozmyślania

Aborcja – gdzie jesteśmy?

Mniej więcej: 7 min. czytania

Podzielę się swoim poglądem na temat aborcji. Myślę o tym od paru tygodni, odkąd przeczytałem program wyborczy jednego z kandydatów na prezydenta RP, a teraz dodatkowo jest to temat bieżący. Piszę o tym, bo chcę oddać swój głos w tej sprawie i piszę do ludzi, którzy interesują się wymianą poglądów i nie przeraża ich zbyt długa wypowiedź (TLDR? GBYE).

Według mnie człowiek powinien mieć prawo do samobójstwa oraz do zabicia życia w sobie pod warunkiem, że nie zagraża to bezpośrednio życiu innych, czyli tych poza jego ciałem. Nie oceniam, czy to słuszne, bo moim zdaniem taka ocena jest indywidualną sprawą podmiotu, który to powinien mieć możliwość legalnego i świadomego działania w kierunku śmierci własnej. Podkreślę – działania świadomego nie w sensie duchowym (bo po pierwsze być może to nie jego bajka, a po drugie to niemożliwe), tylko w sensie społecznym. Aby mógł o swoim dylemacie życia i śmierci jawnie porozmawiać z lekarzem lub terapeutą państwowym. I wtedy, po odpowiednich konsultacjach, po pewnej przyjaznej procedurze, mógł zadecydować sam. Według swojego sumienia oraz systemu wartości lub jednego i drugiego albo żadnego z nich. I żeby każdą z jego decyzji odebrano z szacunkiem.

Ktoś może stwierdzić, że nie mam swojego zdania, bo nie opowiadam się za słusznością lub niesłusznością decyzji o śmierci własnej lub człowieka, którego noszę w sobie. Odpowiem na to tak: uważam, że gdybym zdecydował się na odebranie sobie życia w tej chwili, to mój wybór byłby niesłuszny. Niespójny ze mną. Nie mój. A to jest moje życie. To ja je przeżywam i to ja oddaję je komu chcę lub zatrzymuję je dla siebie. Bez możliwości tego wyboru jestem dzieckiem albo niewolnikiem. A żeby w państwie były osoby legalnie dorosłe, to muszą mieć do takiego wyboru niezbywalne prawo. I owszem, ja mogę być czyimś niewolnikiem, ale z własnego wyboru.

Kategorie
rozmyślania

Kwarantanna

Mniej więcej: 4 min. czytania

Fajny tekst koleżanki z klasy, który tłumaczę prosto dla was. Wiem, że dużo jest podobnych wspomagaczy i czasem aż przesyt, ale ten jest taki jakiś ludzki. A że przemoc domowa przybiera na sile, to nawet jak jednej osobie polepszy dzień to warto. Przyjemnej lektury 

Dlaczego po prostu nie możemy się dogadać? Czyli jak przeżyć razem podczas kwarantanny.

Okej, mamy kwarantannę. Pod jednym dachem z bliskimi, ach, jak cudownie. Marzenia się spełniają. Miesiącami czekaliśmy, by pojechać razem na długie wakacje i oddać się spędzaniu wszystkich dni z ukochanymi. Teraz od tygodni żyjemy w zamknięciu i wygląda na to, że ten magiczny czas będzie trwał jeszcze długo, długo. Mmm, spędzać razem każdy dzień to jak ponownie się zakochać. Co za błogosławieństwo! Każdy dzień lepszy od poprzedniego. Dostrzegamy w bliskich dar od Boga, specjalny prezent dla nas. Wspaniały czas wzmożonej intymności. Dopiero teraz zauważamy piękne acz subtelne cechy naszych bliskich, te, których wcześniej nie byliśmy w stanie dostrzec. Owe trofea wypełniają nas dziką rozkoszą. Umiłowany każdy dzień spędzony razem – żyjemy nadzieją, że ten ekstatyczny czas nigdy się dobiegnie końca.

Czy tak się czujecie? Ta, jasne! Ale w porządku, jeśli jesteście jednymi z tych szczęściarzy, którzy rzeczywiście się tak czują, to wspaniale. Fajnie, że tak przyjemnie doświadczacie kwarantanny, cieszę się. Ale mówiąc szczerze jeszcze od nikogo nie słyszałam, żeby tak o tym opowiadał.

Krótko mówiąc, dużo osób ma doła. Czujemy się zaniepokojeni, zblokowani, ograniczeni, stłamszeni, sfrustrowani, a nawet przerażeni. Niektórzy chodzą wściekli i podminowani, inni są przytłoczeni. Wiele osób doświadcza izolacji i niepewności z racji różnych spraw, np. pracy. Życie w domu z bliskimi okazuje się nieraz chaotyczne, nerwowe, zwariowane, a czasem po prostu dołujące. Deprecha.

Pod koniec dnia często zastanawiamy się, „jak ja to wszystko przeżyję? Mam tego po prostu dosyć. Dlaczego on mi nie pomaga? Dlaczego ona ciągle mnie krytykuje? Dlaczego nie przestanie zrzędzić? Dlaczego jest takim egoistą? Dlaczego mnie nie rozumie? Cholera jasna, co z nim jest nie tak? Dlaczego ona w ogóle mnie nie słucha? Dlaczego on jest taki uparty? Czemu ona musi wszystko kontrolować? Czy on zawsze był takim gnojem?”.

Kategorie
sanskriti

Poklask w sanskrycie

Mniej więcej: 5 min. czytania

Wybrałem ten artykuł, bo dotyczy czegoś, do czego miewam słabość. I myślę, że nie tylko ja…

… a chodzi tu o sławę i rozgłos. I żebyśmy mieli jasność, nie jest to wyłącznie parcie na szkło. Potrzeba rozgłosu jest czymś subtelnym i dotyczy czegoś więcej niż jawnej ochoty bycia w centrum uwagi. Wiąże się np. z dążeniem do posiadania racji, do bycia aprobowanym i podziwianym, do bycia kimś w towarzystwie. Chodzi też o lajki, o komentarze, o odzew, followersów, o potwierdzenie, że jesteśmy nie tylko okej, ale bardzo okej.

To wszystko, gdy napisać o tym jawnie, rzadko kiedy obudzi w kimś myśl: o, to ma coś ze mną wspólnego. Raczej gardzimy taką postawą i trudno przyznać, że mamy takie chwile w swoim życiu, gdzie potrzebujemy uwagi i kiwania głów innych.

Wybrałem ten artykuł również dlatego, że jest absolutnie bezkompromisowy. To w jaki sposób podchodzi do poklasku jest… godne oklasków. Tak więc zapraszam na kolejny kawałek sekciarskiego chlebka. Zapoznajmy się ze słowem: pratiṣṭhā.

Pięknie pachniesz, co to?

Pratiṣṭhā w sanskrycie oznacza sławę, chwałę i rozgłos itp. i wszyscy czasami mamy na nią smaka. Pracujemy wtedy by ją zdobyć i jesteśmy zadowoleni, gdy ją otrzymujemy. Dla niektórych jest to nawet popęd wiodący. Ludzie nim obdarzeni zdolni są poświęcić swoje życie dla sławy własnej, czy choćby swojej rodziny, kraju albo ulubionej drużyny sportowej.

Hare, hare! Patrzcie na nas!
Kryszna górą, heja!
Kategorie
sanskriti

Powód samotności

Mniej więcej: 9 min. czytania

W ostatnim wpisie mówiłem o tym czym jest dla mnie bhakti-joga. Zanim któregoś razu opublikuję czym ona jest podręcznikowo, weźmy praktyczną bolączkę na którą daje ona ciekawą perspektywę. Temat samotności.

Przetłumaczę teraz artykuł ze strony jiva.org. Pisze tam mój nauczyciel i wybieram takie, które mnie na dany moment ciekawią. Nie będę ich tłumaczył bez własnego komentarza, bo jest tam sporo terminów, które trzeba wyjaśnić.

Pierwszy tekst dotyczy samotności. Ostatnio mam z nią więcej do czynienia więc mnie zainteresował. Nie jest to doświadczenie wyłącznie przykre. Chociaż czym innym jest bycie samemu, a czym innym samotność. W tym artykule samotność rozumiana jest raczej jako coś niechcianego czy też właśnie przykrego. I chyba z reguły tak się o niej mówi.

Tożsamość duszy

Zaczynamy z grubej rury. Słowa dusza będę tutaj używał do określenia tego, co w sanskrycie nazywa się ātmā. Być może nie jest to najlepsze tłumaczenie, ponieważ ma sporo naleciałości kulturowych. Wolę jednak to niedoskonałe słowo niż tekst przesiąknięty enigmatycznym sanskrytem. Powiem tylko jaka jest podstawowa różnica pomiędzy duszą a ātmą. Otóż dusza w rozumieniu chrześcijańskim ma swój początek, bo tworzy ją Bóg i to w momencie zaistnienia ciała w wyniku miłości rodziców. Jeśli chodzi o wedantę, dusza jest czymś co jest równie stare/młode co Bóg i przechodzi z ciała do ciała. Tak więc ātmā nie została przez Niego stworzona, ale jest częścią jednej z Jego trzech energii – energii pośredniej.

By the way, na samym dole artykułu będzie słowniczek terminów sanskryckich, których tutaj występują.

Mówiąc krótko o energiach Boga, wyróżniamy:
– Wewnętrzną, intymną. Dzięki niej przejawia się łaska.
– Pośrednią, to właśnie my, hurra, niezliczone wieczne dusze.
– Zewnętrzną, tak zwany matrix lub w sanskrycie maja. Energia materialna, natura od namacalnej po atomy, kwarki, struny i wibracje.

No więc prawdziwą tożsamością duszy jest to, że jest ona częścią pośredniej energii Kryszny. Tutaj od razu wtrącę słów kilka.

Kategorie
głębokie rozmowy

Duchowość i BDSM – co je łączy?

Mniej więcej: 7 min. czytania

Temat seksu i duchowości zawsze jest gorący. To jak placki babci i piersi kochanki coś co dawałoby do myślenia, gdyby nie fakt, że trudno się przed tym opanować i zaobserwować jakieś ciekawsze spostrzeżenie. To z perspektywy faceta.

Ostatnio koleżanka mówiła mi o tym, jak bardzo tęskni za swoim byłym, który był ponoć niezły w tzw. BDSM, czyli bondage, domination, sadomasochism. Jednym hiszpańskim słowem – atame! A po polsku… weź mnie wychłostaj!

Zaczęło się od tego, że sam niedawno rozstałem się z dziewczyną. Siedziałem w pracy i jakoś nachodziły mnie myśli, że z kimś bym pogadał o uczuciach, a nie bardzo chciałem zaczynać temat wśród inżynierów i to jeszcze w nowej firmie.

– Wczoraj się wyprowadziłem – napisałem. – Było grubo. Brzuch mi jęczał, ale przeżyłem.

– A ona była? – spytała koleżanka.

– Nie. Spakowałem się z kumplem, potem mój brat pomógł mi jeszcze przewieźć rzeczy.

– To dobrze. A teraz co, ulga?

– Rano spokój, ale w robocie jakiś trochę jestem rozbity. Właśnie sobie zaparzyłem podwójną melisę i postanowiłem popisać z kimś doświadczonym.

Trochę kontekstu. Koleżanka też od niedawna jest sama, więc sobie czasem dodajemy otuchy.

– Trudne są takie rozstania – napisała. – Ale wierzę, że jak raz przejdę uczciwie wszystkie etapy bólu po stracie, to już będzie łatwiej.

– No, ma to sens. Dla mnie najgorsze byłoby rozstanie połowiczne.

– Tak, bo się czeka i żyje nadzieją.

– Co za rozmowy, jak Anonimowi Rozstańcy.

– Anonimowi Depresanci też są.

– A Anonimowi Desperaci?

– Są. Ale trudno utrzymać taką wspólnotę, bo to wymaga zaangażowania członków. A ludzie, którym jest lepiej i którzy wyleczą się z rozstania lub depresji, nie wrócą. Brak takich, którzy dzielą się wieloletnim doświadczeniem. Dlatego uzależnienia się sprawdzają.

– Czemu?

– Bo uzależniasz się od wspólnoty, he, he!

Jak widzicie, koleżanka chodzi na meetingi. Jeszcze nigdy w nich nie uczestniczyłem, ale byłem na terapii i o nich słyszałem. Czytałem też książkę o DDA (dorosłych dzieciach alkoholików) i dwunastu krokach – ciekawy temat.

– A tobie jak dzisiaj? – spytałem. – Brzuch, trzęsienie dupy, sentymenty?

– Zmęczona zlotem (meetingiem). Mega emocje i dużo łez. Ale nie, nic z tych rzeczy, o które pytasz. Chciałabym już móc uprawiać seks po prostu bez moralniaka.

– To zaproszenie czy dopiero flirt?

– Z tobą już to robiłam, więc zapytałabym wprost. Na razie nie umiem, mam blokadę.

Aha, kontekst. No więc poznaliśmy się jakieś siedem–osiem lat temu. Zaszaleliśmy raz i tyle. A że jakoś fajnie nam się gadało, to po latach niedawno znowu się zgadaliśmy na fejsbuku i zaczęliśmy rozmawiać.

– Rozumiem taką blokadę – odpisałem. – Nie chce mi się bez miłości seksić. Nawet nie chodzi o moralność, tylko emocjonalnie po takiej zabawie czuję się jakiś pusty. A to co innego.

– No, rozumiem cię. Ja bym się popłakała pewnie i miała wyrzuty sumienia. Zmieniło mi się mega w tej sferze. Teraz potrzebuję bliskości i czułości i mam awersję do całego klimatu BDSM.

Ano, kontekst. No więc te siedem–osiem lat temu odkrywałem, co ten skrót oznacza, a jak wiadomo – najlepiej uczyć się na praktycznych przykładach. Także ona pamiętała mnie jeszcze jako takiego… kierownika produkcji.

– Pomiziać się, przytulić, film obejrzeć – napisałem. – Takie coś jest fajne.

– To to już w ogóle bym ryczała.

– Nie no, BDSM to agresja w oprawce, obsesja zamiast kontaktu.

– Jak jest miłość, to nie. To piękny akt oddania. Tylko że zanim to zrozumiałam, zanurzyłam się w gównie po pachy.

– He, he.

– Chyba jak się poznaliśmy, to byłam bardzo zafascynowana albo zaczynałam.

No właśnie. Także wspólne fascynacje, najlepiej jeszcze przy oparach lufek i flakoników.

– BDSM fujka – powiedziałem.

– Mega sobie krzywdę tym zrobiłam.

– Lekkie zabawy dominacji w łóżku, wiadomo, spontan. Ale jak już się planuje jakieś zabawki, sznury i pozycje, teksty, yyy… Dobry role-play wychodzi naturalnie, wyobraźnia w słowie przy czułym zbliżeniu. Humor, ekscytacja z inteligencji, tworzenia światów w trakcie.

– Słuchaj. Jeśli tak masz, to jesteś w mniejszości. Faceci nie umieją się bawić w wyobraźnię i spontaniczność w seksie.

– Umieją, umieją, tylko trzeba ich cierpliwie łowić. Ale pewnie racja, że mniejszość.

– Umieją tylko w to, co sami chcą, czyli w monolog seksualny, i rzadko umieją czytać z ciała i z tym płynąć.

– Bo ogólnie mało czytają – dodałem.

– Namiętność jest zaprzeczeniem mężczyzny – wysnuła. – Bo ego nie pozwala im się przyznać, że nie wiedzą i bazują na pornosach.

– To się z takimi nie spotykaj. Są inni. Nie mów tak o facetach.

– Dzięki za przypomnienie.

Po tym radosnym wstępie przeszliśmy do tematów subtelniejszych. Zaczęliśmy rozmawiać o duchowości i jakoś temat BDSM trochę się przewijał. Pamiętam, że jak jeszcze dobrych kilka lat temu jechałem pociągiem przez pola i łąki i dopiero zaczynałem się fascynować filozofią bhakti-jogi, to przyszło mi do głowy porównanie z BSDM. Zawsze mówiłem sobie: „o, kiedyś o tym napiszę”, ale jakoś nie było okazji. Nadarzyła się dopiero teraz albo lepiej – dopiero teraz zorganizowałem czas, aby opisać ten fenomen analogii z obszarów, które pozornie nie mają ze sobą wiele wspólnego.

– Ostatnio byłem w Indiach – powiedziałem. – No i fajne rzeczy mi wyszły na medytacjach.

– Co na przykład?

– Przez pierwszych kilka dni medytacji miałem właśnie dużo obrazów BDSM. W umyśle z moją eks. Trudnomi się było skupić, a któregoś razu się zorientowałem, że to jestem ja.

– W jakim sensie?

– Że jestem niewolnikiem zmysłów. Że chłostam siebie dla pseudo przyjemności, która koniec końców tylko mnie męczy, otumania i nie rozwija. Że robię to swojej duszy, a oprawcą jest nienasycony umysł. No i wtedy zrobiłem w głowie krok wstecz, żeby się temu przyjrzeć i przestało mnie to kontrolować.

– OK…

– A cała ta zabawa nagle zaczęła wyglądać śmiesznie i przestała na mnie działać.

– Ooo… Nie spotykam się teraz z nikim, ale biorę to za dobrą radę.

To było jakieś dwa miesiące temu. Bardzo ciekawe doświadczenie. Jest taka popularna mantra, która mówi „ty jesteś tym” i ma mnóstwo znaczeń. Jednym z nich jest dla mnie to, że jesteś tym, co właśnie obserwujesz w swoim umyśle. Oczywiście nie jest to wniosek końcowy, bo nie jesteśmy swoim umysłem ani ciałem. Ale gdy jesteśmy przywiązani do obrazów, słów i odczuć umysłu, to nasza tożsamość jest z nimi również powiązana. W przypadku wyobrażeń BDSM, które sprawiają przyjemność, taką tożsamością jest „ten, który czerpie przyjemność”, z angielskiego enjoyer. Tylko wtedy takie obrazy czy sama czynność mogą sprawiać przyjemność, kiedy wierzymy, że to my jesteśmy jej beneficjentem, a seks czy BDSM jest procesem do jej uzyskania.

– Człowiek potrzebuje się oddać duchowi – napisałem – a nie komuś innemu, żeby ten podsycał jego podniecenie. To jest wynik dążenia do ekstazy i intymnego kontaktu, ale w BDSM to iluzja.

– Szkoda na to energii. Ale żeby zrozumieć, o czym piszesz, chyba musiałabym mieć dłuższy wykład.

– W skrócie:naszą naturalną skłonnością jest służenie, bo ono daje nam spełnienie.

– Polubiłbyś nas w AA i NA (Anonimowi Alkoholicy i Anonimowi Narkomani). To jedna z podstaw naszego zdrowienia, ale mów dalej.

– Pewnie, że bym was polubił. No więc BDSM na tym bazuje, ale zamiast spełnienia jest podnieta i orgazm, a potem nieuchronna separacja i koniec spełnienia. Bo człowiek pragnie relacji ciągłej, a tę może mieć tylko w połączeniu duchowym.

– Pisz, pisz.

– Także sługa ducha, który o nim nie wie, będzie służył zmysłom i tym, którzy je dotkną. Wtedy czuje, że żyje, że jest potrzebny. To taka odwrotność palca bożego. Krzywe zwierciadło, w którym uwielbiamy się oglądać, choć nie widzimy w nim prawdy.

I tutaj koleżanka zadała fajne, proste pytanie.

– Co to znaczy służyć duchowi? Chodzi o bezinteresowność, intencje? O jakieś ogólne,  wyższe dobro?

– Nie. Chodzi o indywidualną relację z Bogiem. Tak jak w BDSM masz osobistą relację ze swoim panem.

– Mhm…

– Jak już się w takiej relacji jest, to efektem ubocznym jest wyższe dobro i bezinteresowność, bo działasz wtedy z ekstazy, której nikt ci nie odbierze. Nie ma zazdrości jak w przypadku mistrza z BDSM ani niepokoju, że odejdzie, znudzisz mu się albo przestanie cię kręcić.

– A jak pracować nad osobistą relacją z Bogiem?

 Tu wysłałem jej link do swojej podstrony o podejściu duchowym.

– Przede wszystkim robić rzeczy dla niego. Oddawać mu swoje emocje. Także jak robisz sobie wodę do picia czy posiłki, to w myślach podarować to najpierw jemu, a potem przyjąć to samemu. I tak ze wszystkim. Każdy z nas ma jakieś naturalne odczucie tego, czym jest Bóg, jako coś pozytywnego. I od tego można zacząć jego odkrywanie.

– Ciekawe.

– Żeby to szło z emocji.

– Tak, tak. To krok drugi na meetingu. Uwierzyliśmy, że siła większa od nas samych może przywrócić nam zdrowie psychiczne.

– No i super. Warto też się inspirować wiedzą, której celem nie jest nawracanie, tylko zwiększenie świadomości.

– O to to!

– Jak pójdziesz w tę stronę, to znajdziesz faceta z wyobraźnią. Bóg ma największą, więc facet w nim też daje radę.

– Olać mężczyzn. Ja tu siebie chcę odnaleźć całą. Chyba potrzeba mi kontaktów z ludźmi, którzy poszli w tę stronę.

– To najlepsza opcja. Nie skupiać się na facecie czy lasce, tylko na łasce.

– He, he, dobre. Dziękuję!

– Ostatnio przyjaciel mi podpowiedział: „W sztuce Aikido rzecz polega na tym, że energia atakującego trafia do niej/niego z powrotem”. Tak samo tutaj. Namiętność, którą obudziło w tobie BDSM, podaruj Bogu. On jest mistrzem Aikido, a ta namiętność to jest po prostu energia bez wstydu i poczucia winy. On to przyjmie, uwielbia emocje i oddanie, będzie twoim najlepszym mistrzem. Będzie cię wprowadzał w lepsze sytuacje życiowe niż mistrz z piwnicy. A posmak i spokój będą dawać spełnienie.

– Nie umiem tego zobaczyć poczuć. Jak przełożyć to na relację z Nim? Ale pewnie wymaga to czasu i pracy.

Jak ja lubię, gdy ktoś tak mówi. Nie odrzuca pomysłu relacji z Bogiem, tylko przyznaje się do tego, że tego po prostu nie czuje i jeszcze myśli o tym, że wymaga to wysiłku– jak w każdej relacji.

– Właśnie dlatego fajnie zacząć od podarowania mu jedzenia. Bo to będzie wpływać na myśli powoli. Bez pośpiechu.

– I to już brzmi przystępniej.

– Ty już jesteś OK dla Boga, pamiętaj.

– I się poryczałam.

No i fajnie. Zawsze chciałem napisać o tej relacji bhakti-jogi z BDSM. Uważam, że wszystko można widzieć przez pryzmat duchowości – każde ludzkie zachowanie, perwersję czy zboczenie. Nie po to, żeby je usprawiedliwiać czy pochwalać albo budować sobie podłoże do pobłażania, ale ku zrozumieniu. Świadomość ma to do siebie, że psuje te zabawy, które nie mają sensu dla jej rozwoju. Ale robi to z kreatywnym uśmiechem i szuka innych, które warte są naszego czasu.

Zabawne jest to, że cała ta pogawędka z koleżanką zaczęła się od mojego poczucia pustki i potrzeby relacji z drugim człowiekiem, nie z Bogiem. Ale kiedy się rozmawia z człowiekiem i pomyśli o Bogu, to takie rozmowy są super, podnoszą na duchu i budują naszą relację z Nim.

Dzielę się tą wymianą zdań i swoimi przemyśleniami nie z potrzeby ekshibicjonizmu, ale dlatego, że być może takie spojrzenie na BDSM pomoże niektórym oderwać się od nienasycenia, tak jak pomogło mi. A jak ktoś chce dalej szaleć, to miłość cierpliwa jest i naprawdę nie mam zamiaru nikogo obrazić.

Korekta: Marta Mandżak-Matusek

Kategorie
sanskriti

Bhakti-joga, co to?

Mniej więcej: 5 min. czytania

Dużo myśli przychodzi mi do głowy. Z jednej strony chciałbym napisać o bhakti w sposób podręcznikowy i bezosobowy, a z drugiej zupełnie mija się to z celem zarówno blogowania jak i… samej filozofii bhakti. Żyję tym i chyba najfajniejsza perspektywa będzie taka, jaką mogę zaoferować bez owijania w bawełnę, czyli perspektywa wyznawcy, sekciarza i ucznia swojego mistrza.

Zadaję też sobie pytanie, do kogo piszę tego posta. Bo jest on specyficzny, mówi przecież o kwestiach wiary. Czy np. Katolik powinien porzucić taki tekst w przedbiegach? Myślę, że nie. Czy ateista powinien zacząć na boczku szukać argumentów dyskredytowania takiej postawy? Nie sądzę. Czy inny bhakta (osoba na ścieżce bhakti-jogi) znajdzie tutaj coś ciekawego? Być może. A być może powinni przestać czytać. It’s up to you.

Kategorie
psychologia

Duchowe pominięcie

Mniej więcej: 4 min. czytania

czyli o roli transcendencji we współczesnych modelach psychologicznych

Psychologia jako nauka bywa w swym rozwoju zabawna, zwłaszcza gdy umniejsza znaczenie transcendencji w życiu człowieka. Im współcześniejsza i naukowa, tym bardziej ewolucyjna i biologiczna, a mniej opisowa tam, gdzie nie da się zastosować metody naukowej. Niniejszy esej będzie oceną wybranych treści z popularnego podręcznika do psychologii pt. Psychologia. Kluczowe koncepcje Philipa Zimbardo, dotyczących elementów transcendencji (a raczej ich eliminowania), z perspektywy filozofii nauki.

Gdzie są wyniki?

Niezwykły temat, który psychologia naturalnie zaczęła badać poprzez introspekcję, nie przyniósł jej wymiernych rezultatów. To, co ktoś poczynił na drodze wglądu, trudne było do zreplikowania, a to przeszkadzało w nazywaniu wyciągniętych na tej drodze wniosków naukowymi. Ze skrajną pomocą nadszedł później behawioryzm, dzięki któremu dało się przeprowadzać skuteczne eksperymenty laboratoryjne i wyciągać na ich podstawie generalizacje w odniesieniu do zachowania gatunku ludzkiego. Jednak kolejne podejścia, coraz bardziej biorące pod uwagę wpływ kultury na jednostkę oraz płynne kształtowanie się jej postaw, a nie tylko to, do czego skłonna jest ona w warunkach hermetycznych, zdają się nadawać dzisiejszej psychologii całkiem sensowny obraz człowieka i powodów jego działań. Ale czy tak jest na pewno? Odpowiedzi rozstrzygające są w nauce raczej bazą do nowych pytań, zatem pytanie o pewność jest bardziej retoryczne. Spróbujmy jednak tej retoryce uczynić zadość. 

Piramida bez głowy

Weźmy przykład bardzo popularny, a mianowicie piramidę Maslowa. Opisuje ona potrzeby człowieka w hierarchii, w której każda kolejna potrzeba służy jako podstawa do kultywowania kolejnej. Przypomnijmy: potrzeby biologiczne/fizjologiczne, bezpieczeństwo, przynależność i miłość, szacunek, samorealizacja, transcendencja. Model ten, z pozoru spójny, poddany został jednak kilkukrotnej krytyce. Przykładowo jedna z tych analiz krytycznych wskazywała na brak uwzględnienia w modelu Maslowa różnic kulturowych, a inna z kolei na fakt, że struktura potrzeb jest bardziej płynna niż hierarchiczna i zależy od kontekstu, w którym znajduje się jednostka. Ponadto, coraz ważniejsze stało się to, aby hierarchię motywów rozpatrywać w kontekście ewolucyjnym, gdzie najważniejszymi motywatorami są przetrwanie, rozmnażanie oraz przetrwanie potomstwa. Mówiąc krótko, rewizja hierarchii potrzeb Maslowa z perspektywy psychologii ewolucyjnej doprowadziła do uproszczenia wierzchołka jego piramidy. Samorealizacja i transcendencja zostały zastąpione w rezultacie dobieraniem się w pary i rodzicielstwem.

Kategorie
psychologia

Inteligencja miłości

Mniej więcej: 4 min. czytania

jako propozycja uproszczenia teorii wokół tematu inteligencji

Co prowadzi nas do miłości? Oto pytanie, które angażuje inteligencję. Dlaczego? Ponieważ skłania nas do rozróżniania (odpowiadania na pytanie to czy tamto?), w kontekście najważniejszego czynnika ludzkiej samorealizacji – miłości, której wartość podkreślają nawet ludzie w pełni zrealizowani. Z definicji więc: inteligencja jest tym, co prowadzi nas do miłości.

…wybór, który prowadzi do miłości
oraz ten, który od niej oddala
świadczą o ludzkiej inteligencji…

anonim 😉

W mowie potocznej używamy sformułowania inteligentny wybór lub mało inteligentny wybór. Możemy też usłyszeć skargę, np.: to co zrobiłeś, nie było zbyt inteligentne, a nawet wykrzyknik: co za brak inteligencji! Wnioskując z prostoty tego przekazu, widzimy, że inteligencja jest potocznie rozumiana jako zdolność do podejmowania właściwych decyzji, która może być zarówno wysoko rozwinięta jak i z pozoru nieobecna. Słowo właściwych jest tutaj zależne od podmiotu, który je ocenia.

Co pozostaje bez miłości?

Propozycja inteligencji miłości korzysta z mowy potocznej w równym stopniu, co z obserwacji przypadków, w których osoby mając dobry status społeczny, grono przyjaciół, a nawet wielbicieli oraz korzystną sytuację materialną, były w stanie odebrać sobie życie w wyniku dojmującej rozpaczy, braku nadziei lub poczucia bycia obciążeniem dla innych. Nie brzmi to jak opis profilu osoby, która doświadcza miłości, prawda? Z jednej strony ciężko ludziom, którzy wznieśli się wysoko w hierarchii społecznej odmówić inteligencji adaptacyjnej, a jednocześnie ciężko uznać ich ostatnią życiową decyzję za właściwą inteligencji.

Kategorie
pisanie

Pisanie o sobie – po co to komu?

Mniej więcej: 6 min. czytania

Zadajmy sobie dziś pytanie, czy pisanie introspektywne jest dla nas. Zobaczmy też jakie ma cele i jaką proponuje metodę oraz jaka jest pomiędzy nimi relacja.

Po pierwsze cel

Pierwszym celem pisania introspektywnego jest rozpoznawanie związku pomiędzy naszymi doświadczeniami, oczekiwaniami, a odczuciami.

Doświadczenia to coś, co już mamy. Tworzą one tło dla interpretacji kolejnych wrażeń, które odbieramy zmysłami. Przykładowo, ktoś coś mówi, na przykład, Hello!, i na bazie naszych przeszłych doświadczeń odbierzemy ten sygnał na różne sposoby. Być może wcześniej ta osoba witała się z nami inaczej, radośniej, szczerzej – tego typu interpretację nadamy na bazie reakcji, jaką wzbudzi w nas jej powitanie.

Gdyby przed tym Hello!, ktoś spytał nas, Jakie są twoje oczekiwania względem powitań tej osoby?, prawdopodobnie powiedzielibyśmy, Że co? Nie mam żadnych. Jednak kiedy sytuacja ma miejsce, możemy zareagować tak, jakbyśmy oczekiwali innego powitania, Zawsze mówiłeś do mnie “Cześć”, teraz mówisz “Hello”, musiało się coś między nami zmienić, czuję to.

Ostatni punkt, czyli odczucia, to właśnie nasza spontaniczna reakcja na bodziec, którym jest przywitanie. Możemy poczuć przyspieszony puls, zacisk w gardle, rozluźnienie, radość, cokolwiek. Na ich podstawie możemy dokonać nadinterpretacji, to znaczy pomyśleć, Zacisk w gardle mam zawsze wtedy, gdy mam do czynienia z nieszczerością, w takim razie to “Hello” musiało być nieszczere.

To co istotne, to że z taką interpretacją nie ma żadnego problemu. Możemy ufać swoim emocjom bezgranicznie i rozpoznawać swoje odczucia i nasze interpretacje jako niezawodne, powołując się na intuicję i doświadczenie. Nikt nam tego nie zabroni, ani nas do tego nie zmusi. Pytanie tylko, czy jest to dla nas korzystne, tzn. czy czujemy dzięki temu spokój czy raczej wybija nas to ze spokoju lub podsyca nasz niepokój.

Kategorie
rozmyślania

Dylemat, który nas dzieli

Mniej więcej: 4 min. czytania

Samopoczucie można rozpoznać po chęci do działania. Jeśli ciągle go brak to pewnie jest kiepskie. Podejmowanie decyzji wydaje się wtedy ciężarem i jesteśmy zwyczajnie nieszczęśliwi.

Rozpoznanie problemu

Co wtedy zrobić? Po pierwsze trzeba taką sytuację rozpoznać. Przyznać, że istnieje i że nas męczy. Po drugie, zapytać siebie na czym polega nasz dylemat. Bądźmy ze sobą szczerzy: czujemy się źle, bo wybierając jedną rzecz, tracimy tę drugą. Każdy rodzaj przygnębienia polega właśnie na tym.

Nawet w przypadku, gdy odszedł nam ktoś bliski, to i tak źródłem naszego nieszczęścia jest ten sam dylemat: “Co mam zrobić? Jeśli pójdę przez siebie tak, jak gdyby nigdy nic, to jeszcze niechcący zgorzknieję. Jeśli zaś przytłumię rozpacz, to któregoś razu wyjdzie mi ona bokiem i to do tego w najmniej spodziewanym momencie. Jeśli jednak moja żałoba będzie zbyt długa, zmarnuję swój czas tkwiąc w bezczynnym ubolewaniu”.

Myślimy potem: “Rok żałoby to w sam raz, tak wypada, kogo to obchodzi, że tak w rzeczywistości czuję się świetnie”, albo: „Tańczę, spotykam się z ludźmi, ale w środku serca płaczę. Czasem nawet mam ochotę komuś przywalić”.