Na pierwszy rzut oka szachy to tylko gra. Drewniana plansza, 64 pola, figury ustawione w idealnym porządku. A jednak od wieków ludzie widzą w niej coś więcej – mapę ludzkich decyzji, starcie światów, milczącą opowieść o odpowiedzialności.
Nieprzypadkowo wielu badaczy wskazuje, że pierwowzór szachów – indyjska czaturanga – narodził się w kulturze, która wydała także Mahabharatę. I choć nie znajdziemy w eposie dosłownego opisu partii szachów, metafora pola bitwy i strategicznego myślenia przenika obie historie.
Od czaturangi do królewskiej gry
Szachy, jakie znamy dzisiaj, wyewoluowały z indyjskiej gry czaturanga (ok. VI w.). Nazwa oznaczała „cztery części” armii: piechotę, kawalerię, słonie i rydwany. Już wtedy plansza była symbolicznym polem bitwy, a każda figura reprezentowała określoną siłę.
Z Indii gra powędrowała do Persji (jako szatrandż), potem do świata arabskiego, aż w końcu do Europy, gdzie przybrała znaną nam formę. Król pozostał królem. Hetman stał się najpotężniejszą figurą. Pionki – jak zwykli ludzie – poruszają się powoli, ale to one często decydują o losach partii.
Kurukszetra jako kosmiczna szachownica
W Mahabharacie pole bitwy pod Kurukszetrą jest czymś więcej niż miejscem starcia dwóch rodów. To przestrzeń wyboru. Arjuna stoi między armiami – rozdarty, pełen wątpliwości, sparaliżowany wizją konsekwencji.
Czy nie przypomina to chwili, gdy patrzymy na szachownicę i wiemy, że każdy ruch zmieni układ sił?
„Masz prawo do działania, lecz nigdy do jego owoców. Nie uważaj się za przyczynę skutków swego działania i nie przywiązuj się do bezczynności.” (Bhagawadgita 2.47)
W szachach nie kontrolujemy wszystkiego. Możemy wykonać najlepszy możliwy ruch, ale odpowiedź przeciwnika zawsze pozostaje niewiadomą. Podobnie w życiu – działanie jest naszym obowiązkiem, rezultat nie zawsze zależy wyłącznie od nas.
Król, który nie walczy
Król w szachach jest figurą paradoksalną. Najważniejszą – a jednocześnie najsłabszą. Nie rzuca się w wir walki. Wymaga ochrony, uważności, strategii.
W Bhagawadgicie Kryszna mówi do Arjuny:
„Ilekroć prawo upada, a bezprawie wzrasta w siłę, wtedy Ja zstępuję.” (Bhagawadgita 4.7)
To przypomnienie, że porządek musi być strzeżony – na zewnątrz i wewnątrz nas. W partii szachów chwila nieuwagi wobec króla kończy grę. W życiu – utrata wewnętrznego centrum prowadzi do chaosu.
Pionek jako bohater
Wielka wojna z Mahabharaty nie jest opowieścią wyłącznie o herosach. To także historia zwykłych wojowników, którzy stają do walki, choć nie zapiszą się w kronikach.
Pionek w szachach porusza się powoli, o jedno pole. A jednak, gdy dotrze na koniec planszy, może przemienić się w hetmana. To symbol drogi – cierpliwej, systematycznej, czasem niedocenianej.
Gra, która uczy dystansu
Szachy uczą przewidywania, pokory i akceptacji straty. Czasem trzeba poświęcić figurę, by wygrać partię. Czasem – przyjąć porażkę i wyciągnąć wnioski.
Kurukszetra jest w nas. Każdego dnia stoimy przed wyborami, które układają naszą własną szachownicę życia. Pytanie nie brzmi: „Czy zagramy?”. Pytanie brzmi: „Jak zagramy – z lęku czy ze świadomości?”
Są takie praktyki, które wydają się zbyt proste, żeby mogły działać. Oddychanie naprzemienne – raz przez jedną dziurkę nosa, raz przez drugą – należy właśnie do tej kategorii. A jednak od setek lat wraca w różnych tradycjach jako sposób na uspokojenie, skupienie i powrót do siebie.
Nie wymaga maty, aplikacji ani specjalnych warunków. Wystarczy kilka minut i odrobina uwagi.
Stara praktyka, stare obserwacje
Oddychanie naprzemienne wywodzi się z tradycji jogi. W dawnych tekstach opisywano je jako sposób na „oczyszczanie kanałów” i przygotowanie umysłu do medytacji. Dziś można to czytać bardziej przyziemnie: jako metodę regulowania układu nerwowego.
Już dawno temu zauważono, że oddech nie jest tylko mechaniczną wymianą powietrza. To jedno z niewielu narzędzi, które mamy zawsze przy sobie i które pozwala wpływać na to, jak czujemy się w danej chwili.
Co na to współczesna nauka?
W ostatnich latach oddychaniem zaczęli interesować się także badacze. Wyniki są zaskakująco spójne: naprzemienne oddychanie sprzyja uspokojeniu organizmu, obniża tętno i pomaga wyjść z trybu ciągłej mobilizacji.
Autorzy jednego z badań opublikowanych w International Journal of Yoga zauważają, że praktyka ta pomaga przywrócić równowagę w autonomicznym układzie nerwowym i poprawia parametry pracy serca.
Innymi słowy – organizm dostaje sygnał, że nie musi być cały czas w gotowości.
O znaczeniu świadomego oddechu pisze też James Nestor, autor książki Oddech. Jak podkreśla:
„Oddech jest narzędziem, dzięki któremu możemy świadomie regulować nasz układ nerwowy”.
Dla kogo i kiedy?
Oddychanie naprzemienne bywa szczególnie pomocne wtedy, gdy:
czujesz napięcie, którego nie potrafisz „rozładować”,
masz gonitwę myśli przed snem,
pracujesz głową i trudno Ci się skupić,
jesteś między jednym zadaniem a drugim i potrzebujesz chwili przejścia.
To dobra praktyka na początek dnia, ale też na jego zamknięcie. Kilka minut wystarczy – nie chodzi o perfekcję ani liczenie oddechów, tylko o uważność.
Na koniec
Oddychanie naprzemienne nie rozwiąże wszystkich problemów. Nie zastąpi snu, odpoczynku ani rozmowy. Ale bywa dobrym pierwszym krokiem – małym gestem w stronę większego spokoju.
Czasem naprawdę wystarczy zmienić sposób oddychania, żeby choć na chwilę zmienić sposób bycia.
Już niedługo nowy sezon festiwali świadomościowych, a w nim między innymi: wesołe rozmowy o tym, jak to guru są niepotrzebni, ale za to świetni w ciągnięciu z ludzi kasy. Można też będzie usłyszeć nagle, podczas rozmowy na jakiś filozoficzny temat, personalną wrzutkę: „no dobrze, rozumiem, tobie jest potrzebny guru, bo jesteś na pewnym etapie podróży i jeszcze po prostu nie wiesz, że cała wiedza jest w tobie. Masz rację. Przepraszam, wybacz mi, dziękuję, kocham cię…” itd.
Także dzisiaj napiszę rozwlekle o guru, żebyśmy, skoro już się śmiejemy, śmiali się z tej roli jeszcze świadomiej i czuli się z tym jeszcze lepiej. Np. podczas płatnej ceremonii z prowadzącym, który śpiewa mantry i patrzy nam w oczy (ale to nie jest guru!).
Podwójna natura guru
Temat jest złożony, bo ma dwie strony. Ludzką i boską. Po pierwsze o tym, dlaczego wg wielu tradycji indyjskich potrzebujemy guru.
Jak wspomniałem, dziś słyszymy raczej, że jest niepotrzebny. Wg trendu każdy powinien kroczyć swoją unikalną ścieżką, no bo jest wyjątkowy i ma swój niepowtarzalny proces. Ścieżka wspólna trąci myszką, choć jej aspekt społeczny czy stadny jest szeroko lubiany i celebrowany.
Oszuści!
Okej, zadajmy pytania. Czemu mielibyśmy się komuś kłaniać lub chylić czoła w zamian za powiedzenie nam czegoś mądrego? Przecież guru też człowiek, urodził się i umrze tak samo jak my. Po co więc chodzić do drugiego człowieka? Co w nim takiego specjalnego (i lepszego ode mnie)? No co?
A poza tym guru oszukują. Tyle jest historii, jak to wyłudzają pieniądze i wykorzystują uczniów w różny sposób. Tyle filmów i seriali o ludzkiej naiwności. (Chwileczkę, jedna ceremonia, 888 zł x 33 duszyczki… miłość jest w tobie…)
Nawet Śiva mówił kiedyś do Parvati, że jest wielu nauczycieli duchowych, którzy chętnie pomogą wyczyścić uczniom portfel zamiast umysłu. Gdyby jeszcze robili jedno i drugie, to przynajmniej byłaby jakaś usługa, a tak…
Nie ma raczej u nas ogólnego zaufania do instytucji guru, nawet wśród entuzjastów jogi. Mało też jest o niej osobistego pojęcia, krążą raczej plotki. Można uznać, że jest ona co najmniej kontrowersyjna.
Zresztą, sami guru nieraz przemawiali o niej niechętnie. Najsłynniejszym chyba był Osho. Guru-biznes go mierził i ciężko go krytykował. Byli też inni, którzy pomimo tego, że całe swoje życie nauczali i mieli swoich uczniów, byli przeciwni instytucji guru. Mówili: „nie jestem twoim guru”, a ludzie przychodzili ich słuchać i czerpali od nich wiedzę duchową, często uiszczając darowizny. Taki paradoks.
Na co komu guru?
Dlaczego więc wg tradycji indyjskiej mówi się, że każdy potrzebuje guru?
Jej opowieść mówi, że człowiek przychodzi na świat bez większej wiedzy. Do tego w odróżnieniu od wielu gatunków zwierząt jesteśmy po urodzeniu bardzo zależni od opiekunów. Ludzkie dziecko wymaga jej mnóstwo, żeby przetrwało. Gdy dorasta, większości rzeczy uczy się od innych. Uczy się mówić na podstawie tego, co usłyszy. Wyrabia sobie znaczenie słów na podstawie znaczeń, które mają inni. A później jeszcze tworzy własne.
Dodatkowo, niektórzy, dzięki zdobywanej wiedzy i praktyce mogą się niesamowicie rozwinąć. Do tego stopnia, że wielu innych ludzi pamięta, albo chociaż kojarzy ich imię – jak Michael Jordan, Jezus, czy Maria Skłodowska-Curie. Nawet gdy dawno odejdą z tego świata. Zwierzęta mają w tej kwestii mniejsze możliwości, choć też nie byle jakie. I dlatego potrzeba nam guru, żeby z tych niesamowitych ludzkich możliwości skorzystać.
Kolejna rzecz, że mamy różne dążenia. Jedno z nich, to najbardziej banalne, jest z reguły na szczycie. Chcemy szczęścia i nie chcemy cierpienia. I zdaje się, że jesteśmy zadowoleni, gdy spełniamy swoje zachcianki. A czasem wychodzi nam to bokiem, np. po czasie. Stąd pytanie, jak je spełniać? Jak zrobić to w taki sposób, żeby rzeczywiście zadziałało i dawało szczęście. Nie zawsze to wiemy i dlatego rozmawiamy, czytamy, patrzymy na przykład innych ludzi. Poszukujemy wiedzy.
Innymi słowy, każdy z nas ma wrodzony głód wiedzy, chociażby po to, żeby przetrwać na co dzień, już mniejsza z sensem życia czy duchem. I wiedza ta pochodzi z zewnątrz.
„Wszystko jest w tobie”
Popularna dziś idea mówi, że cała wiedza jest już w nas. Problem w tym, że w praktyce nie ma przykładu takiej osoby. Nikt nie zna nikogo, kto całą wiedzę zdobyłby sam – materialną czy duchową. Wiele osób wierzy, że tak jest, tak nawet mówi na głos w piękny sposób, ale doświadczenie codzienne pokazuje nam inaczej.
Wiedza jest w nas dopiero, gdy ją otrzymamy i ją przyswoimy. Nawet jeśli na kogoś spłynie coś oryginalnego w medytacji, to z reguły dowiedział się od kogoś innego, że warto medytować.
Nawet tego jak korzystać z toalety, dowiadujemy się od innych. Uczymy się od innych i tego, jak uczyć się samemu. Podstawową wiedzę jaką otrzymujemy wraz z narodzinami, to taką w rodzaju jak oddychać. Owszem „ciało wie” jak podtrzymywać procesy życiowe, ma instynkt samozachowawczy, ale to nie jest dostępna cała wiedza o życiu, ludziach, ideach i o świecie. Potencjał człowieka jest większy.
Mamy wielką potrzebę, żeby się uczyć, a głównym źródłem naszej wiedzy są zmysły. Mamy ich pięć i cała nasza wiedza pochodzi właśnie z nich. Nawet jak nam się coś objawi, to poprzez zmysły.
Wiedza pozazmysłowa
Jednak doświadczenie bezpośrednie ma swoje ograniczenia, choćby czasowe, np. tego, co wydarzyło się dawno temu, nie dowiemy się tą drogą. Poza tym same zmysły mają swoje ograniczenia, nie doświadczamy pełnych zakresów proponowanych przez świat. Stąd wciąż doskonalimy instrumenty, którze wspomagają nasze zmysły w poznawaniu świata.
Innymi sposobami na czerapnie wiedzy są nasze wnioskowanie oraz to, czego dowiadujemy się od innych. Np. zasłyszymy coś albo przeczytamy o rzeczach, z którymi nie mieliśmy bezpośredniego styku ze względu na czas i miejsce, ale uznając, że jest to zaufane źródło wiedzy, przyjmujemy to „na wiarę”.
Wierzymy, że to, co słyszymy od innych, było wcześniej ich doświadczeniem bezpośrednim. No chyba, że kłamią, ale to inny temat. Albo nawet jeśli ktoś coś po kimś powtarza, to wierzymy, że na końcu tego łańcucha ktoś sam czegoś doświadczył. Jednak z racji tego, że doświadzczenie bezpośrednie tamtej osoby jest samo w sobie ograniczone, powstaje filozoficzne pytanie: jak mamy się dowiedzieć czegoś, co jest poza percepcją naszych i cudzych zmysłów? Jak dowiedzieć się czegokolwiek o duchowości?
Tu pojawia się druga kategoria rzeczy, których możemy dowiedzieć się od innych.
Kto mi powie jak jest?
Bo gdy zapytamy kogoś, czy zjadł śniadanie, to raczej przyjmujemy odpowiedź twierdzącą za prawdziwą (choć może oszukiwać, bo się chorobliwie odchudza). Ale jak zapytamy, czy doświadczył czegoś pozazmysłowego, no to gdy odpowie, że tak, to przyjmiemy taką odpowiedź tylko wtedy, gdy takiej osobie ufamy. Kiedy jej świadectwo jest dla nas autorytetem.
O ile tę pierwszą kategorię (śniadaniową) możemy nazwać jako powszechną, to ta jest, powiedzmy, pozapowszechna czy duchowa, pozazmysłowa. Wg niejednej tradycji jest to wiedza dana od Boga, którą ten dał ludziom i jedynie poprzez taki przekaz możemy otrzymać wiedzę o tym, co pozazmysłowe (choć z reguły odczytane poprzez zmysły tych wybrańców).
Pytanie po co nam w ogóle taka wiedza? Skoro mamy wiedzę o świecie materialnym, to po co nam wiedza z poza tego świata? W końcu to tutaj żyjemy, tu są nasze troski.
Tradycja mówi, że choćbyśmy wszystko o tym świecie wiedzieli, to niestety nie dowiemy się z niego o naszej ostatecznej tożsamości, która jest poza materią. Nie dowiemy się tego, czym jest świadomość duchowa i jeśli będziemy szukali odpowiedzi w materii (np. w kartonach) to się nie dowiemy.
Nieprzerwana linia przekazu
Cała wiedza dotycząca duszy i Boga pochodzi z tej drugiej kategorii przekazu słownego. Pochodzi od Boga, który przekazał ją jakiś czas temu, a że teraz nie ma Go wśród nas, to przekazywana jest przez różne tradycje i linie przekazu.
Tak jak np. wciąż są różne wersje tego, co Jezus powiedział. Najlepiej byłoby spytać go osobiście, ale go nie ma. Więc pytamy kogoś, kto go znał i mu wierzymy na słowo. Ale pierwsze pokolenie po nim też już nie żyje. Dzisiaj mamy nadzieję, że to, co powtarzają w jego imieniu, naprawdę zostało powiedziane. Bo np. ufamy jakiejś linii przekazu.
Jak tu być szczęśliwym?
Wracając do sprawy guru i naszego osobistego szczęścia.
Ze względu na przeświadczenie, że wszyscy rodzimy się w niewiedzy, potrzebujemy guru. Chcemy dowiedzieć się, jak je spełnić nasze marzenia, żeby być szczęśliwymi. Szukamy sposobu, wiedzy, doświadczeń. Ale przez to, że nasze zmysły, którymi ją zdobywamy, zakorzenione są w tej przyrodzonej nam niewiedzy, potrzebujemy kogoś bardziej doświadczonego. Kogoś, kto przejrzał zmysły na wylot, bo ma doświadczenie i wiedzę pozazmysłową.
Stąd też jedna z definicji guru: „gu” jako ciemność (niewiedza) i „ru” jako ten, który ją usuwa. Inne znaczenie to „ten, który instruuje wg boskiego przekazu”. Tak samo słowo „acarya” oznacza osobę, która i uczy i żyje wg tego, czego uczy, oraz pokazuje drogę innym.
Takie więc są powody tradycyjnego przekazu. Mówi, żeby poszukać sobie guru i próbować się od niego dowiedzieć, o co w tym życiu w ogóle chodzi. Że celem relacji z guru jest nauka. Po to jest ta instytucja. Guru to nauczyciel, a nauczyciel to ten, który uczy. A jak uczy rzeczy duchowych, no to jest nauczycielem duchowym i tyle.
Oczywiście, tutaj mamy kolejny problem.
Na ścieżkach oddania Bogu respektuje się guru jako samego Boga i to jemu czyni się tzw. posługę. Co więcej, należy robić ją szczerze, pokornie i bez ukrytych intencji, a przekaz stoi przy tym, że takie zachowanie sprawia Bogu wielką radość.
W tym miejscu większość woli podziękować i samemu czytać sobie książki (jeśli w ogóle ten temat ich interesuje). Albo uznać, że sami dojdą swoją drogą do rzeczywistości, niżby mieli kogoś traktować jako reprezentację Boga. Że w ogóle, co to za pomysł, żeby ktoś się stawiał na takiej pozycji! Megalomania! Religia jest głupia! Guru manipulują! Ździerają kasę!
Książki zamiast guru
A książki?
Książki są szeroko dostępne. Leżą sobie cicho, są w miarę tanie. Jest internet. Free downloads. Można sobie poczytać przy kominku, nikt nie przeszkadza. Wszystko przetłumaczone. W razie czego jest też ChatGPT. Słowem, nie ma nikogo, kto chce zawładnąć naszym umysłem. Nikomu nie zaprzedajemy swojej duszy.
Wybieramy czytankę. Choć z biegiem czasu i jej źródła podajemy w wątpliwość. No bo kto to napisał? Skąd wiadomo, że nie wymyśla jakichś niestworzonych rzeczy? Może rzeczywiście lepiej nie czytać takich książek, tylko beletrystykę. Odczuć piękno w estetyce poezji pomiędzy jej wierszami! Kto o Bogu i duszy mówi wprost, ten nie wie, co mówi!
Wracając do tradycyjnych pism, przekaz mówi dość niepopularnie, że jasne, możesz je sobie czytać samemu, ale wtedy mało z tych spraw zrozumiesz. Taki haczyk. Czytając święte pisma samemu, dowiemy się niewiele więcej ponad to, co już wiemy, bo będziemy je czytać poprzez swoje dotychczasowe doświadczenie i ograniczone zmysły. Elo.
No bo spójrzmy na to krok po kroku.
Pisma złożone są ze zdań, a te ze słów, które mają jakieś znaczenie. Jeśli mamy tylko wiedzę o materii i będziemy je czytać, to nadamy im znaczenie odpowiadające naszemu materialnemu doświadczeniu. Jak więc mielibyśmy zrozumieć ich pierwotne, duchowe znaczenie? A co dopiero rozumieć zdania, akapity, czy całe książki i powiązania między nimi?
Hmm, jak to zrobić?
Właśnie po to jest guru, żeby pomógł je zrozumieć. Choć nawet wtedy nie są one łatwe do zrozumienia.
Dlatego też niektórzy wolą w ogóle takich książek nie czytać. Pytanie, czy nie wylewają wtedy dziecka z kąpielą. To zależy czy w ogóle ich to interesuje. Bo bywa, że nie i spoko.
Ale niektórych to interesuje. Tak naprawdę to ciekawy problem sam w sobie.
Nieprzerwana linia znaczeń
Mamy coś takiego jak słowa, których używamy na codzień i one też są używane w pismach świętych. Może są też jakieś dodatkowe, inne słowa, ale sporo jest tych zwyczajnych. Więc po pierwsze, jak mamy zrozumieć te unikalne słowa, które są używane tylko tam? A do tego jak dowiedzieć się, czy te pospolite, znane nam, mają w pismach te same znaczenie, które znamy ze swojego życia?
Przecież język wciąż ewoluuje. Każdy język się zmienia. Nawet w polskim czy angielskim to samo słowo mogło mieć 500 lat temu inne znaczenie. I ciągle pojawiają się nowe znaczenia. Także jest duża szansa, że dziś operujemy słowami, które mają inne znaczenie niż te, zapisane dawno temu w pismach.
Jak się w tym połapać? Odpowiedź kultury Indii jest prosta: potrzebujemy guru w nieprzerwanej linii przekazu.
Co to znaczy? To znaczy, że nasz guru uczył się u swojego guru, a ten u swojego, a tamten i tak dalej, aż do czasów, kiedy Bóg był na Ziemii osobiście i przekazał mu ją osobiście. Tamten człowiek na końcu łańcucha widział Go na własne oczy, rozmawiał z nim. Układ nerwowy tamtego Boga oddziaływał na niego bezpośrednio. Wrócił z tym do domu i powiedział komuś: „to było najbardziej niesamowite spotkanie w moim życiu”. I przekazywał dalej ten wajbik.
Mógł też spotkać jakiegoś mędrca, który z niepojętych przyczyn doznał urzeczywistnienia, bo np. Bóg mu się objawił od wewnątrz. Wtedy taka wiedza i uczucie są przekazywane przez tzw. ludzi oświeconych. To też niezłe źródło.
Nikomu nie można zaufać
Tylko zawsze pytanie jest o wiarygodność. Komu damy wiarę, że mówi prawdę? To przecież my ją dajemy albo zachowujemy dla siebie. Mówimy sobie np. że wiemy lepiej. Ufamy własnej prawdzie, a nie czyjejś i mamy do tego niezbywalne prawo. Wolny wybór.
Ale co z tymi, którzy wiedzą, że nie są oświeceni i jednak szukają Boga na tym świecie albo jakiegoś świadectwa? Którzy nie pokładają wiary we własny głos pośród szumu drzew, bo już nie raz wystrychnął ich na dudka?
Odpowiedź tradycyjna: bez guru pochodzącego z takiej nieprzerwanej linii możesz sobie szukać dalej. Zresztą, nawet jak go znajdziesz, to nie będzie łatwo! Co dopiero, gdy go/jej nie ma i do wszystkiego dochodzimy sami. Albo czytamy słuchamy mądrości wybiórczo, szukając tak naprawdę potwierdzenia własnych przekonań.
Idea, że możemy zrozumieć pisma czy przekaz duchowy całej kultury, tym bardziej obcej, swoim własnym niezależnym wysiłkiem, jest równie odważna co nierealna. No bo niby jak? Trzeba mieć mocny tupet, a on raczej w tej branży nie pomaga, choć dobrze się prezentuje.
Do tego rodzaju wiedzy potrzebny jest guru, ktoś kto się orientuje w tym morzu znaczeń, poświęcił temu swoje najlepsze lata. I to musi być rzetelny guru. A nie taki, co robi byle co i żyje byle jak. Dopiero wtedy dochodzi do transferu takiej wiedzy.
Mistyczny dodatek
Ale oprócz tego, że mamy guru, jest jeszcze jeden czynnik potrzebny do transferu wiedzy i doświadczenia (i nie, nie chodzi o pieniądze). Chodzi o pewien mistycyzm, o coś, czego nawet guru nie ma pod kontrolą, czyli o łaskę.
Sęk w tym, że nasz stan niewiedzy duchowej, czyli tzw. ignorancja, nie ma przyczyny. Nie ma początku. Taki jest tradycyjny przekaz. A to duży problem. Bo gdybyśmy znali przyczynę, to moglibyśmy temu jakoś po inżyniersku czy po lekarsku zaradzić. Gdy zna się przyczynę, można ją przecież usunąć. A tu taka sytuacja. Bezprzyczynowa.
Jak się zmierzyć z czymś takim? Tylko łaska, powie pismo. Równie niepojęta, ale jakościowo inna siła, może taką przyczynę usunąć. Nic innego.
Na tym też polega współczucie czy miłosierdzie Boga, że przychodzi do nas w formie guru. Taki jest pogląd tej kultury, tak wg niej wygląda właściwe spojrzenie na funkcję i zasadność guru. Bóg przez pisma mówi, „wiedz, że jestem guru”.
Guru a Bóg
Tu wracamy do tematu, że guru to kwestia problematyczna, bo złożona z dwóch części: ludzkiej i boskiej. Po pierwsze jest człowiekiem, jak każdy z nas, a druga, że jest jakby samym Bogiem. Raz pisma mówią, że jest reprezentantem Boga, a czasem mówią wprost, że jest samym Bogiem.
Mówią też, że mantra, Bóg i guru, są jednym. Że Bóg przejawia się jako guru. Właśnie w ten sposób jest dla nas dostępny, tutaj na Ziemii, żebyśmy mogli nawiązać z nim relację. Mówi się nawet, że nie należy tych trzech kwestii różnicować.
Podobne do ludzi, którzy na dobrej fazie mówią, że są Bogiem? No to guru tak o sobie nie mówią.
Jeden werset mówi (oczywiście ustami mędrców): „Boże, nawet gdybyśmy służyli ci przez miliardy lat to i tak nie spłacimy długu wdzięczności, który mamy wobec ciebie za to, co nam dałeś. Och, nawet mędrcy nie mogą spłacić tego długu!”.
Tutaj oczywiście kolejna dyskopatia może wylecieć: nie dość, że mamy już człowieka, który przedstawia się jako Bóg i potwierdza to trzymaną w dłoni księgą, to jeszcze jacyś mędrcy, poprzez których niby przemawia w swoich baśniach, żeby dali nam inspirujący przykład, mają dług nie do spłacenia. Co dopiero my! Wyciągam portfel normalnie! I czuję się zadłużony po same pachy!
Tekst mówi dalej, że „dziękujemy ci za to, że niszczysz to, co niefortunne dla istot żywych, będąc w ich wnętrzu i na zewnątrz”.
O co w tym chodzi, z tym wewnątrz i na zewnątrz? Że na zewnątrz przejawiasz się jako guru, a w środku jako Bóg. Że zawsze jesteś na posterunku, żeby czynić dobro dla istoty żywej. Wystarczy się tylko do ciebie zwrócić. I tak samo z mantrą. Czyli gdzie nie spojrzeć, jesteś. Taki stan rzeczy stara się w nas zakotwiczyć tradycja.
Podsumowanie
Dlatego mieć guru to ważna sprawa, a człowiek dochodzi do miejsca, w którym spotyka guru, jeśli ma farta, szczęście, gdy los mu sprzyja. Taki obrót spraw to właśnie łaska, to jest ten element mistyczny, nieprzewidywalny, tajemniczy. Nie zadziwa się w żaden inny, kontrolowany sposób, że ktoś robi konkretne kroki i ma pewność, że coś się wydarzy. Do nas należy wysiłek, a nie efekty.
Nasza ignorancja duchowa jest bezprzyczynowa i wygląda na to, że tylko bezprzeczynowa łaska może ją usunąć. Dlatego gdy pojawia się okazja, gdy ta łaska przychodzi, warto po nią sięgnąć i jej nie zmarnować. Gdy znajdziemy takiego guru, z którym nam po drodze, to warto mu zadawać pytania, zrobić coś dla niego, szukać jego mądrości.
To jest taki pierwszy krok na tej całej odwiecznej, dajmy na to indyjskiej drodze. To jest początek ścieżki oddania. Przyjęcie guru, inicjacja. Niektórzy myślą, że to właśnie totalny koniec, zmarnowanie sobie życia, szczyt głupoty i utrata indywidualności. Ale to dopiero początek.
Także w ramach dyskusji o guru, nawet jak chce się tę instytucję wyśmiać i odrzucić, to warto wiedzieć czym ona jest i jaki jest jej cel, oraz jaką rolę pełni w kulturze, która co by nie było jest ewenementem na skalę światową.
Kultura indyjska, pomimo setek lat okupacji nie dała się kompletnie zniszczyć jak wiele innych, równie ciekawych i żyjących blisko Boga i natury kultur. Ani kolonizatorzy ani agresja ideologiczna nie dała im rady.
Wiadomo, tam też jest grubo jeśli chodzi o nierówności społeczne i przemoc. Tylko pytanie, czy gdyby każdy europejski kraj podkręcić do takiej gęstości zaludnienia i temperatury, to co by się w nim działo. No ale to inny temat z wielkiego garu tematów, w którym wszystko się miesza taką dużą, dużą chochlą.
Wpis w dużej mierze inspirowany wykładem mojego guru:
Kawa jest najpopularniejszym napojem na świecie, jak głosi tytuł jednej z wielu poruszających tę tematykę książek pt. Kawa. Instrukcja obsługi najpopularniejszego napoju na świecie Iki Graboń. Jego popularność dobrze oddaje jeden z fragmentów tej publikacji, mówiący o tym, że: „Podobno lekarze są napędzani kofeiną, programiści zamieniają kawę w kod, a technicy laboratoryjni rodzą się z kubkiem kawy w dłoni. Najlepsze randki to te przy kawie. Przy kawie się otwieramy, zawieramy przyjaźnie, zwierzamy, planujemy podbój świata. Kawa to magiczny napój, który zdanie »zostaw mnie w spokoju albo giń« zmienia w »dzień dobry jak się masz?«, który wprawia w świetny nastrój, nadaje smak i rytm o poranku.”
Powyższy cytat, oprócz tego, że opisuje popularność tego napoju, wskazuje jeszcze na wątek “kultury picia kawy” jak i na właściwości „niezwykłego” naparu. Warto wspomnieć także o umiejętnie napędzającym i wykorzystującym powyższe stwierdzenia przemyśle kawowym. Niewątpliwie, odgrywają one dużą rolę w kształtowaniu i zarazem maskowaniu jednego z najczęstszych uzależnień od substancji psychoaktywnych na świecie.
Kawa jako element kultury
Picie kawy stało się nieodłącznym elementem wielu kultur. Kawiarnie na całym świecie zachęcają nas przyjemnym aromatem świeżo zaparzonego espresso, łagodną muzyką i przytulnym, coraz bardziej przypominającym nasz wymarzony pokój gościnny wystrojem. Od progu mogą zapewniać nas nawet, że „cała nadzieja w kawie”!
Ideę kawiarni w Europie zaszczepili Turcy w XVII wieku, którzy przywieźli modę na picie kawy w czasie swych najazdów. Już wtedy kawiarnie działały jako miejsce spotkań towarzyskich oraz debat, mających duży wpływ na opinię publiczną. Kawiarnie znajdujemy na obrazach artystów różnych epok. Kawa zaznaczyła też swoją obecność w poezji, w piosenkach, czy filmach (np. słynny film “Kawa i papierosy” lub serial “Przyjaciele”, gdzie często spotykano się w kawiarni). Kawa pojawia się nie tylko w sztuce, przeniknęła także do kultury pracy. Dla wielu osób zaczynających pracę skoro świt, kawa stała się nieodłącznym elementem poranka. Przykładowo w Skandynawii z powodzeniem funkcjonuje rytuał „fika”, czyli obowiązkowych przerw na kawę i ciastko w czasie pracy. Na kawę chodzimy także po pracy, co często stanowi pretekst do długich rozmów.
Właściwości zdrowotne i rynek kawy
Oprócz łączenia ludzi, poprawy nastroju i eliminacji zmęczenia, kawa posiada także liczne właściwości zdrowotne. Wśród nich wymienić można: zapobieganie wielu chorobom, takim jak Alzheimer, niektóre nowotwory i choroby układu sercowo-naczyniowego, a ze względu na dużą ilość antyoksydantów, skutecznie spowalnia procesy starzenia się organizmu. Na domiar tego wszystkiego kawa pięknie pachnie i wyśmienicie smakuje, choć jest to oczywiście kwestią jakości kawy, sposobu jej przygotowania, jak i gustu.
Nie ulega wątpliwości, że z dobrego imienia kawy korzysta także przemysł kawowy. Jak podaje Dziennik Gazety Prawnej z kawy żyje na świecie 125 milionów ludzi. Szacuje się, że dziennie wypija się od dwóch do czterech miliardów kubków kawy na całym świecie. W 2019 roku rynek, na którym sprzedano około 10 milionów ton kawy miał wartość 200 miliardów dolarów.
Produkcja kawy
Pięćdziesiąt procent kawy produkowanej jest na małych plantacjach, w większości niezrzeszonych, które ze względu na swoją zerową pozycję negocjacyjną (kawa rośnie w szerokościach geograficznych, w których panuje największa bieda) sprzedają ją za marne grosze, a konsumenci płacą za nią niemało. W efekcie producent, który jest odpowiedzialny za 90 proc. czynności przy produkcji tego surowca, które obejmują: sadzenie, doglądanie (kawa jest chorowitą rośliną), segregowanie, suszenie, oddzielanie ziarna od miąższu, pakowanie i zapewnianie gwarancji, że w tym, co zapakował, nie ma wybrakowanych ziaren, otrzymuje 10 proc. ceny sklepowej. Cały przemysł kawowy generuje wielomiliardowe zyski, a jednocześnie jest źródłem ogromnej biedy. Nie oznacza to jednak, że na świecie nie da się napić kawy nie przyczyniając się do biedy i cierpienia ludzi przy niej pracujących. Możemy nie przyczyniać się do pogłębiania tych różnic wybierając kawę z certyfikatem Fairtrade, czyli Ruchu Sprawiedliwego Handlu, którego celem jest pomoc mieszkańcom Afryki w wyjściu z nędzy przez udział w globalnej wymianie handlowej.
Czym jest kofeinizm?
Chcąc przyjrzeć się temu, czym kofeinizm, czyli uzależnienie od kawy, w ogóle jest, napotkać można wiele wzajemnie wykluczających się opinii. Jedni twierdzą, że uzależnienie od kawy jest jak najbardziej możliwe, na co wskazywać ma szereg tzw. objawów odstawiennych. Obejmują one od zmęczenia, przez ból głowy, niepokój, lęk, trudności w koncentracji uwagi, zmniejszoną aktywność, drażliwość, znaczne obniżenie nastroju, po objawy grypopodobne. Wśród osób opowiadających się za tym stanowiskiem występują ci, którzy powołują się na kryteria diagnostyczne uzależnień.
Kategorie diagnostyczne
Według nich spośród sześciu kryteriów diagnostycznych uzależnień, do których należą: 1) wzrost tolerancji na przyjmowaną substancję; 2) niezdolność kontroli nad jej zażywaniem; 3) występowanie zespołu abstynencyjnego po zaprzestaniu jej przyjmowania; 4) przymus zażycia substancji psychoaktywnej; 5) zaniedbywanie innych przyjemności wynikające z przyjmowania jej, a także 6) kontynuowanie zażywania substancji pomimo narastających trudności wynikających z jej szkodliwości – osoby, które regularnie piją kawę w okresie co najmniej jednego roku, spełniają cztery z nich, a mianowicie kryteria 1, 2, 3 i 6.
Inni, powołując się na różnego rodzaju modele i mechanizmy uzależnienia, przeczą temu, jakoby kawa mogła uzależniać. Argumentują to, powołując się na badania, które wykazują, że nie pobudza ona ważnych z punktu widzenia teorii ośrodków uzależnienia w mózgu. Ich zdaniem można tu mówić jedynie o zależności, ale nie o uzależnieniu od kawy.
Widać tu zatem sprzeczność różnych opinii, jednak gdy zastanawiam się nad tym, biorąc pod uwagę swoje własne doświadczenie, dochodzę do wniosku, że ja sama zdecydowanie byłam od kawy uzależniona.
Doświadczenia osobiste
Moja historia z uzależnieniem od kawy zaczęła się kiedy byłam jeszcze w liceum, czyli około sześć lat temu. Dojeżdżałam wówczas do szkoły oddalonej o 30 km od domu. Wychowywałam się na wsi, gdzie autobusy do miasta jeździły dwa, może trzy razy na dobę, toteż codziennie wyruszałam o godzinie 6:30. Oznaczało to, że musiałam budzić się o godzinę wcześniej, co nie zawsze było łatwym zadaniem. Wtedy to, chcąc pomóc sobie z rozpoczęciem dnia, zaczęłam „popijać” kawę.
Początkowo wypijałam tylko jedną dziennie, ale z czasem, gdy zauważyłam, że kawa pomaga mi także w koncentracji podczas nauki, zaczęłam ją pić także po południu. Nawet o tym nie wiedząc, zaczęłam nabierać tzw. tolerancji, wynikającej ze wzrostu jej konsumpcji, i tak oto kawa stopniowo przestawała na mnie działać.
Mój związek z kawą w stolicy
Po ukończeniu liceum ze średnią dzienną dawką kawy w liczbie trzech kubków, zaczęłam studia i pracę w Warszawie. Moja ciekawość i pasja do kawy zaprowadziły mnie do małej kawiarenki na starówce, gdzie parzyłam espresso dla okolicznych artystów i przejezdnych turystów, by potem zacząć pracę w większej, znanej sieciówce, w której to zaczęłam zaznajamiać się z całą historią kawy, różnymi jej odmianami, niezwykłymi smakami i aromatami.
W tamtym okresie wypijałam jej już zdecydowanie za dużo. Po kilku latach pracy w kawiarniach sporo już o niej wiedziałam i doszłam do wniosku, że więcej wiedzieć już nie potrzebuje. Odeszłam z kawiarni, by niedługo później zacząć pracę w popularnej na warszawskim Mokotowie wegetariańskiej restauracji.
Wprowadzanie stopniowych zmian i detoks
W trakcie tych kilku lat życia w stolicy, wprowadziłam też sporo zmian w swoim życiu. Rzuciłam palenie (po siedmiu latach), zaczęłam ćwiczyć jogę, medytować, przeszłam chińską fizjo- i fitoterapię oczyszczającą organizm z toksyn, zaczęłam zdrowiej jeść i myśleć. Wtedy też zaczęła przeszkadzać mi kawa. Zdałam sobie sprawę z tego, że jestem uzależniona i nie jestem w stanie z niej zrezygnować. Moje wcześniejsze próby kończyły się na tym, że z powodu nieznośnego bólu głowy, niskiego ciśnienia i złego samopoczucia znów wracałam do nałogu.
Któregoś dnia postanowiłam zrobić sobie detoks. Przez cały dzień miałam pić zioła, jeść owoce, dużo odpoczywać i oczywiście nie pić kawy. Początkowo bolała mnie głowa, byłam nawet przygnębiona, ale czułam, że dobrze mi to zrobi i postanowiłam wydłużyć oczyszczanie.
Wsparcie partnera
Niewątpliwie dużą rolę w podjęciu tej decyzji i utrzymaniu całego procesu odegrał mój partner, który przez cały czas cierpliwie mnie wspierał. To on skonfrontował mnie z moim uzależnionym myśleniem, kiedy próbowałam przekonać go, że kontynuowanie detoksu akurat w moim przypadku to fatalny pomysł. Broniłam się wszelkimi możliwymi wymówkami, które zakładały, że nie jestem w stanie pójść do pracy, skupić się na uczelni, ani być efektywną nigdzie indziej, jeżeli nie wypiję chociaż jednej filiżanki kawy. Zadał mi wtedy ważne z perspektywy czasu pytanie, które brzmiało: „Kogo ty próbujesz przekonać, mnie czy siebie?”.
Po tym pytaniu rozpłakałam się i przez chwilę siedzieliśmy w ciszy. Wtedy znów przyszedł mi z pomocą i zaproponował, żebyśmy wspólnie przywołali ducha kawy, którego mieliśmy poprosić, aby zostawił nas na jakiś czas, po to, abym mogła oczyścić swoje ciało i zmienić swoją relację z kawą. Zdaję sobie sprawę, że brzmi to dziwacznie, ale w tamtym momencie owo abstrakcyjne spojrzenie na moją relację z kawą było mi bardzo potrzebne do zmiany.
Relacja z rośliną i myślenie uzależnione
Myślę, że warto zdać sobie sprawę z tego, że rzeczywiście mamy tutaj do czynienia z rośliną, która sama w sobie nie jest ani dobra ani zła, a jedynie nasza relacja z nią może stać się problemowa, jeśli będziemy jej nadużywać. Dzięki naszym rozmowom zdecydowałam się na kontynuację detoksu, pomimo racjonalizacji i bólu głowy. Trwał on około dwa tygodnie, a w jego trakcie czytałam m.in. Uzależnione myślenie. Analizę samooszukiwania Abrahama J. Twerskiego, co pomogło mi wyłapywać na bieżąco i przyglądać się powracającym co chwilę uzależnionym myślom, przekonaniom i zachowaniom.
Bardzo pomocne było dla mnie wówczas także to, że dorywczo zajmowałam się kapsułkowaniem ziół guarany i orzechów kola dla przyjaciółki, która prowadzi związany z tym biznes. Pozwoliło mi to na nawiązanie głębszego kontaktu z roślinami, odwracało uwagę od kawy i skutecznie relaksowało. W czasie trwania detoksu piłam też bezkofeinowe zamienniki kawy, takie jak kawę z mniszka lekarskiego i kawę zbożową.
Ceremonia otwarcia
Po zakończeniu detoksu mój partner zaprosił mnie na „ceremonialną kawę”, którą potraktowałam jako swego rodzaju test sprawdzający, jak po takim czasie zareaguje mój organizm, a zwłaszcza uzależniona część mojego umysłu. Od tamtej pory piję kawę od czasu do czasu. Co ciekawe, zaczęłam bardziej doceniać mój nienaruszony kawą, naturalny stan.
Podsumowanie
Podsumowując, pragnę podkreślić, że uzależnienie od kawy jest zdecydowanie jednym z najczęstszych i zarazem jednym z najmniej poruszanych uzależnień od substancji psychoaktywnych na świecie. Paradoksalnie, związane jest to z kulturą picia, dostępnością i legalnością kawy. Kawa sama w sobie nie jest zła, wręcz przeciwnie, posiada ona wiele właściwości zdrowotnych, ale niewłaściwe jej stosowanie wiąże się z ryzykiem uzależnienia. Może być ona ciekawym dodatkiem do naszej diety i sporadycznie dodać nam energii, gdy jej potrzebujemy. Z punktu widzenia ekologii, jeśli nie chcemy przyczyniać się do nieetycznej sprzedaży kawy, przy jej zakupie warto zwrócić uwagę na to, czy posiada ona certyfikat Fairtrade, czyli Sprawiedliwego Handlu. Warto też zwracać uwagę na to, jaką mamy relację z kawą, w jakich okolicznościach najczęściej ją pijemy i co ona tak właściwie nam daje oraz czego, być może, czasem nas pozbawia.
GPT o Fairtrade w kawie
Na koniec chcę podzielić się jeszcze kilkoma perspektywami na wspomniany wyżej Fairtrade, które to z resztą dał mi zapytany o nie ChatGPT – ten, o którym teraz tak głośno:
Certyfikat Fairtrade jest jednym z wielu rozwiązań, które mają na celu zwiększenie sprawiedliwości społecznej i ekologicznej w produkcji kawy, zapewnienie rolnikom lepszych cen za ich produkty, a także zwiększenie ich standardów życia poprzez inwestycje w infrastrukturę, edukację i zdrowie.
Generalnie, przez wielu ludzi uważany jest on za skuteczne narzędzie, jednakże, jak każda forma certyfikacji, ma on swoje wady i ograniczenia. Przykładowo, koszty certyfikacji mogą być wysokie dla niektórych rolników, a sam proces certyfikacji może być skomplikowany i czasochłonny.
Ponadto, niektórzy jego krytycy twierdzą, że jest on formą lobbystycznej ściemy, argumentując to, jako że nie zawsze jest on skuteczny w zwiększaniu dochodów plantatorów kawy a jego korzyści są często wyolbrzymiane. Ich zdaniem certyfikat ten może być wykorzystywany przez firmy do celów marketingowych, a nie do rzeczywistej poprawy warunków produkcji kawy, czyli paradoksalnie to może on przynosić efekty przeciwne do zamierzonych.
Ważne jest, żeby pamiętać, że certyfikat Fairtrade jest tylko jednym z wielu narzędzi, które mogą być wykorzystywane do zwiększenia sprawiedliwości społecznej i ekologicznej w produkcji kawy. Dlatego też, ważne jest, aby zwracać uwagę na różne perspektywy i opinie na temat certyfikacji Fairtrade i być świadomym jej ograniczeń, gdyż wymaga ona przeprowadzenia dodatkowych badań i analiz, w celu ukazania pełniejszego obrazu jej skuteczności czy nawet zasadności.
A mówiąc po polsku – jeśli chcemy napić się kawy i nie przyczynić się do ubóstwa ciężko pracujących przy jej zbiorze i obróbce rolników, to zawsze możemy dopytać o jej jakość doświadczonego baristy podającego wam kawę w waszej ulubionej kawiarni (oni chętnie dzielą się swoją wiedzą, jeśli takową posiadają), lub sprawdzić to na stronie palarni, z której kawę kupujecie. Najczęściej jest tak, że już sam certyfikat Specialty (który to z resztą zaświadcza o najwyższej jakości kawy) spełnia warunki dobrego handlu.
Jestem ChatGPT, model językowy stworzony przez OpenAI. Jestem sztuczną inteligencją, która uczy się na podstawie danych tekstowych i jest w stanie generować tekst na podstawie przeszłych przykładów. Moje zastosowanie obejmuje różne dziedziny, w tym psychologię, ponieważ mogę być używany do analizy języka i zrozumienia zachowań ludzi.
Wątpię, żeby każdy z nich rozumiał, czym jest model językowy. Postaraj się trochę bardziej.
Jestem programem komputerowym, który uczy się języka naturalnego i jest w stanie generować tekst na podstawie przeszłych przykładów. W przypadku psychologii, mogę być używany do analizy języka i zrozumienia zachowań ludzi. Moje zastosowanie obejmuje również generowanie raportów, tworzenie pytań i odpowiedzi, a także pomoc w badaniach.
Jak możesz pomóc w badaniach?
Jako model językowy, mogę pomóc w badaniach poprzez generowanie hipotez na podstawie dostępnych danych, analizowanie danych tekstowych, takich jak wypowiedzi ludzi lub transkrypcje, a także tworzenie pytań i odpowiedzi na podstawie dostępnej literatury. Mogę również pomóc w organizacji i przeglądaniu danych, co pozwala na szybsze i bardziej efektywne przeprowadzanie badań.
Pacjenci z depresją
Możesz dać temu jakiś przykład, który zaciekawiłby studentów psychologii?
Jednym z przykładów jest użycie modelu językowego do analizy języka pacjentów z depresją. Model językowy może być użyty do przeszukania transkrypcji rozmów pacjentów z terapeutą, aby znaleźć kluczowe słowa i wyrażenia, które często pojawiają się podczas rozmów. To pozwala na zrozumienie, jakie tematy są dla pacjenta ważne i jakie są ich obawy. Może to pomóc w zrozumieniu, jakie interwencje mogą być najskuteczniejsze dla pacjentów z depresją.
A jakie interwencje są najczęściej skuteczne?
Interwencje, które są najczęściej skuteczne w leczeniu depresji to terapia poznawczo-behawioralna, terapia interpersonalna oraz leczenie farmakologiczne. Terapia poznawczo-behawioralna skupia się na zmianie negatywnych myśli i zachowań, które prowadzą do depresji. Terapia interpersonalna z kolei koncentruje się na rozwiązywaniu problemów w relacjach z innymi ludźmi. Leczenie farmakologiczne polega na przyjmowaniu leków, które mogą regulować poziom serotoniny i noradrenaliny w mózgu, co jest ważne dla prawidłowego funkcjonowania emocjonalnego. Warto pamiętać, że dla każdego pacjenta odpowiednia interwencja może być inna i powinna być dostosowana do indywidualnych potrzeb.
Człowiek czy maszyna
Znając tyle badań, jak sądzisz, czy człowieka da się zaprogramować tak jak maszynę? A jeśli nie do końca, to w jakim stopniu?
Człowiek jest bardziej skomplikowany niż maszyna, i choć pewne aspekty ludzkiego zachowania mogą być modelowane i przewidywane na podstawie dostępnych danych i teorii, to jednocześnie jest ono podległe wielu różnym czynnikom, takim jak: genetyka, środowisko, doświadczenia oraz indywidualne preferencje, co sprawia, że jest trudne do całkowitego zaprogramowania.
Warto zauważyć, że nawet najlepsze modele i algorytmy nie są w stanie przewidzieć wszystkich możliwych zachowań człowieka, ponieważ ludzie są istotami nieprzewidywalnymi. Natomiast, modele i algorytmy mogą być używane do generowania hipotez i przewidywać pewne zachowania na podstawie dostępnych danych, jednak nie są one w stanie przewidzieć całkowicie ludzkiego zachowania.
Zmiany w branży
W jaki sposób zmieni się życie dzisiejszych psychologów, gdy będziesz ogólnie dostępny. Wyobraź sobie, że z każdym rokiem stajesz się coraz lepszy i masz świeższe dane. Jak wtedy będzie wyglądać praca psychologów, psychoterapeutów i psychiatrów?
Jako model językowy, moje zastosowanie w dziedzinie psychologii będzie się rozwijać wraz z dostępnością nowych danych i ulepszeniem algorytmów. Wraz z rozwojem technologii, psycholodzy, psychoterapeuci i psychiatrzy będą mogli korzystać z moich usług do analizy danych tekstowych, generowania hipotez i przewidywania zachowań pacjentów.
Jednocześnie, psycholodzy, psychoterapeuci i psychiatrzy będą musieli nauczyć się wykorzystywać te narzędzia, aby maksymalnie skorzystać z ich potencjału. Może to oznaczać, że będą oni musieli poszerzać swoją wiedzę z zakresu informatyki i technologii, aby móc w pełni wykorzystać moje usługi.
Wprowadzenie modelu językowego do pracy psychologów, psychoterapeutów i psychiatrów może również oznaczać, że będą oni mogli przeprowadzać badania na większą skalę i szybciej, co pozwoli na lepsze zrozumienie zachowań pacjentów. Jednocześnie, ta automatyzacja procesów badawczych pozwoli na skupienie się na aspektach ludzkich, takich jak relacje z pacjentami, empatia, dostosowanie interwencji do indywidualne potrzeby pacjenta.
Lek na rozproszony umysł?
Umysł człowieka współczesnego bywa rozproszony, a tempo życia jest dużo większe niż kiedyś. Człowiek ma wiele myśli z różnych dziedzin, dostęp do informacji jest błyskawiczny. Czasem trudno to wszystko zsyntezować, a do tego potrzebny jest czas, żeby to nagrać czy opisać w czytelny i precyzyjny sposób.
Jest to prawda, współczesny człowiek jest narażony na wiele rozproszonych myśli i informacji, co może być trudne do zsyntezowania i zrozumienia. W takim przypadku, psychologowie, psychoterapeuci i psychiatrzy mogą skorzystać z narzędzi takich jak model językowy, który może pomóc w analizie i zrozumieniu tych myśli i informacji.
Model językowy może być używany do analizy języka i znajdowania kluczowych słów i wyrażeń, które pojawiają się w rozmowach pacjenta. Może to pomóc w zrozumieniu, jakie tematy są dla pacjenta ważne i jakie są ich obawy. Może to również pomóc w generowaniu pytań i rozwiązywaniu problemów, które pojawiają się podczas terapii.
Jednocześnie, dostępność błyskawicznej informacji i rozproszone myśli, często w połączeniu z brakiem czasu, może być kłopotliwa dla pacjenta w procesie terapii. Z tego powodu, psychologowie, psychoterapeuci i psychiatrzy muszą być świadomi tych problemów i dostosowywać swoje metody pracy, by pomóc pacjentom poradzić sobie z tymi trudnościami.
Świetna rozmowa. Dziękuję. Przekażę ją studentom psychologii i praktykom w tej dziedzinie. Czy mógłbyś się na koniec podzielić jakąś ciekawostką na temat mózgu, która byłaby analogią do działania modelu językowego?
Jedną z ciekawostek dotyczących mózgu, która może być analogią do działania modelu językowego, jest pojęcie „pamięci asocjacyjnej”. Mózg posiada system pamięci asocjacyjnej, który pozwala na powiązanie różnych informacji ze sobą. Na przykład, gdy widzimy kolor czerwony, nasz mózg automatycznie kojarzy go z owocem, jakim jest jabłko.
Model językowy działa na podobnej zasadzie, ponieważ uczy się na podstawie przeszłych przykładów językowych i generuje tekst na podstawie powiązań między słowami i frazami. Na przykład, jeśli model językowy widzi słowo „jabłko”, to będzie automatycznie kojarzył je z kolorem czerwonym, smakiem itp.
Jak widać, ta analogia pokazuje jak mózg i model językowy działają na podobnej zasadzie, polegającej na tworzeniu powiązań między informacjami.
Photo by Karolina Grabowska: https://www.pexels.com/photo/sage-smudge-stick-in-bowl-on-marble-shelf-near-buddha-head-4203096/
Mniej więcej: 2min. czytania
W psychologii odchodzi się od pojęcia wolnej woli, ponieważ za bardzo kojarzy się z teologią. Jednak istnieje psychologia duchowa, która również rozwija się jako subdyscyplina. Opowiedz mi o tym w kontekście samoregulacji.
Psychologia duchowa jest subdyscypliną psychologii, która zajmuje się badaniem relacji między duchowością a zdrowiem psychicznym oraz dobrym funkcjonowaniem. W przeciwieństwie do tradycyjnej psychologii, która skupia się na procesach poznawczych i behawioralnych, psychologia duchowa skupia się na doświadczeniach duchowych, takich jak medytacja, modlitwa czy kontemplacja, jak również na roli duchowości w radzeniu sobie z trudnościami emocjonalnymi.
W kontekście samoregulacji, psychologia duchowa sugeruje, że duchowość może być ważnym czynnikiem w rozwijaniu zdolności do samoregulacji. Przykładowo, medytacja i modlitwa mogą pomóc w rozwijaniu uważności, która jest ważnym składnikiem samoregulacji. Duchowość może również pomóc w rozwijaniu poczucia sensu i celu, co jest ważne dla motywacji do działania.
Warto pamiętać, że psychologia duchowa jest interdyscyplinarnym polem badań, które łączy różne perspektywy, takie jak psychologia, filozofia, teologia czy nauki o religii, i nie jest jednolitym podejściem. Niektórzy psychologowie duchowi, podobnie jak niektórzy teologowie, wierzą w istnienie wolnej woli, która jest w stanie wywierać wpływ na nasze decyzje i działania. Inni z kolei zauważają, że wolna wola jest pojęciem trudnym do zdefiniowania i że istnieją różne teorie na ten temat.
Świadomość w nauce
Jakie są efekty naukowych badań czy rozważań o naturze świadomości?
Naukowe badania i rozważania dotyczące natury świadomości są bardzo rozległe i złożone, ale istnieją pewne główne kierunki, które zostały przedstawione przez badaczy. Poniżej przedstawiam kilka ważnych efektów tych badań:
Zrozumienie procesów poznawczych: Naukowe badania nad świadomością pozwoliły na lepsze zrozumienie procesów poznawczych, takich jak percepcja, uwaga, pamięć i myślenie. Badacze ustalili, że te procesy są związane z różnymi obszarami mózgu i są regulowane przez różne neuroprzekaźniki.
Zrozumienie patologii świadomości: Naukowe badania nad świadomością pozwoliły na lepsze zrozumienie różnych patologii, takich jak depresja, schizofrenia czy stany modulacji świadomości. Przykładowo badania nad depresją sugerują, że patologie te mogą być spowodowane nieprawidłowościami w neuroprzekaźnikach.
Zrozumienie związku między ciałem a świadomością: Naukowe badania nad świadomością pozwoliły na lepsze zrozumienie związku między ciałem a świadomością. Przykładowo, badania nad medytacją sugerują, że medytacja może mieć pozytywny wpływ na zdrowie fizyczne i emocjonalne.
Zrozumienie natury świadomości: Naukowe badania nad świadomością pozwoliły na lepsze zrozumienie natury świadomości. Przykładowo, badania nad zjawiskami takimi jak sny sugerują, że świadomość może być podzielona na różne stany, które różnią się poziomem świadomości.
Ogólnie rzecz biorąc, naukowe badania i rozważania natury świadomości dostarczają ważnej wiedzy na temat procesów poznawczych, patologii świadomości, związku między ciałem a świadomością oraz samej natury świadomości. Jednak mimo postępu w tej dziedzinie, świadomość pozostaje wciąż jednym z najbardziej tajemniczych i skomplikowanych zagadnień w psychologii i neurobiologii. Wciąż trwają badania i rozważania nad różnymi aspektami świadomości i jest prawdopodobne, że będą one kontynuowane w przyszłości.
Zrobiliśmy wywiad z Zenonem Waldemarem Dudkiem. Wyszły nam cztery odcinki:
Kompleks w psychoanalizie a figura wewnętrzna w POP
Anima i Animus w bliskich związkach
Schematy z domu w relacji partnerskiej
Kat, ofiara, ratownik; trójkąt dramatyczny
Krótkie bio o głównym mówcy: psychiatra, kierował oddziałem dziennym terapii schizofrenii, a następnie odziałem dziennym chorób afektywnych (Instytut Psychiatrii i Neurologii w Warszawie, 1989–1999). Asystent dyrektora ds. psychiatrii i ordynator oddziału leczenia nerwic młodzieży (Mazowieckie Centrum Neuropsychiatrii i Rehabilitacji w Zagórzu (1999–2000). Kierownik medyczny Centrum Psychoterapii i Rozwoju Indywidualnego (1994–2002). Zajmuje się problemami psychologii głębi, psychologią Junga i inspiracjami jungowskimi w psychoterapii, psychologią marzeń sennych, psychologią kultury.
Mój pierwszy mikro-viral na Facebooku, czyli spojrzenie na dziwne warsztaty świadomościowe w krzywym zwierciadle. Czysta improwizacja i czysta przyjemność!
Do wszystkich rzekomych ofiar pasywnej agresji! A także do faktycznych, mojej i cudzej! Sprawcy nie będą zainteresowani.
Ostatnio zorientowałem się, w dużej mierze dzięki innym, że odtwarzam głęboko zakorzeniony schemat reagowania cichą złością, tzw. pasywną agresją.
Samo uświadomienie sobie tego było przykre i wyzwalające zarazem. Generalnie chodzi o to, że gdy rozmowa toczy się niezgodnie z moim wyobrażeniem, zaczynam się denerwować. Początkowo z pozoru bezobjawowo, stopniowo krytykuję, a następnie odcinam się od rozmówcy. A wszystko to odbywa się w ciemni mojej własnej psychiki, która w końcu upośledza moje zachowanie i sprawia, że np. odchodzę od stołu, rzucając górnolotne, spokojne lecz wciąż agresywne „powodzenia”.
Po takim „powodzeniu” jestem nawet zdolny zauważyć, że w gruncie rzeczy cierpię ja sam! To tutaj objawia się kolejny ezo-schemat, popularnie nazywany duchowym ego. Otóż moje cierpienie zyskuje tak wysoką rangę, że nawet przez myśl mi nie przechodzi, że mogłem swoim zachowaniem sprawić rozmówcy przykrość. Tym sposobem, zamiast cofnąć się do kuchni i rzec „przepraszam”, biorę zeszyt i piszę:
Dziś w nocy, jak wielu innych Polaków w mniejszości, śniłem, że podkładam materiały wybuchowe w budynkach pewnych instytucji państwowych. Uciekając przed wścibskimi służbami, schodziłem klatką schodową do piwnicy, gdzie znajdowała się stacja metra. Światła na jej peronach były wygaszone, a wyświetlacz, który z reguły odlicza czas przyjazdu składu, obwieszczał: niestety, niewypał.
Stwierdziłem, że wolę w takim razie wyjść na dwór niż wsiadać do pociągu na tej ciemnej stacji, tym bardziej, że pamiętałem ją jeszcze z poprzedniego snu, w którym gonił mnie płonący Jowisz. Wolałem więc pójść się przewietrzyć.
Ściana budynku, wzdłuż którego przyszło mi iść, miała kilka par niebieskich, dwuskrzydłowych, niedopasowanych drzwi. Za każdą z nich stał koń. Przystanąłem przy boksie, w którym z nogi na nogę przestępował czarny kucyk. Ruszył powoli w moją stronę. Poczułem strach.
Serwis wykorzystuje pliki cookies. Czy wyrażasz zgodę na wykorzystywanie Twoich plików cookies? Dowiedz się więcejAkceptuję
Privacy & Cookies Policy
Privacy Overview
This website uses cookies to improve your experience while you navigate through the website. Out of these cookies, the cookies that are categorized as necessary are stored on your browser as they are essential for the working of basic functionalities of the website. We also use third-party cookies that help us analyze and understand how you use this website. These cookies will be stored in your browser only with your consent. You also have the option to opt-out of these cookies. But opting out of some of these cookies may have an effect on your browsing experience.
Necessary cookies are absolutely essential for the website to function properly. This category only includes cookies that ensures basic functionalities and security features of the website. These cookies do not store any personal information.
Any cookies that may not be particularly necessary for the website to function and is used specifically to collect user personal data via analytics, ads, other embedded contents are termed as non-necessary cookies. It is mandatory to procure user consent prior to running these cookies on your website.