Kategorie
opowiadania

Miękkie kopyta

Dziś w nocy, jak wielu innych Polaków w mniejszości, śniłem, że podkładam materiały wybuchowe w budynkach pewnych instytucji państwowych. Uciekając przed wścibskimi służbami, schodziłem klatką schodową do piwnicy, gdzie znajdowała się stacja metra. Światła na jej peronach były wygaszone, a wyświetlacz, który z reguły odlicza czas przyjazdu składu, obwieszczał: niestety, niewypał.

Stwierdziłem, że wolę w takim razie wyjść na dwór niż wsiadać do pociągu na tej ciemnej stacji, tym bardziej, że pamiętałem ją jeszcze z poprzedniego snu, w którym gonił mnie płonący Jowisz. Wolałem więc pójść się przewietrzyć.

Ściana budynku, wzdłuż którego przyszło mi iść, miała kilka par niebieskich, dwuskrzydłowych, niedopasowanych drzwi. Za każdą z nich stał koń. Przystanąłem przy boksie, w którym z nogi na nogę przestępował czarny kucyk. Ruszył powoli w moją stronę. Poczułem strach.

Kategorie
opowiadania

Szampon niezgody

Warszawa, rok 2016. Relacja z mieszkania przy ulicy Wilczej.

Pod prysznicem zabrakło szamponu dla gospodarza. Ponadto, ręcznik był nie na miejscu, gdy ten kończył kąpiel. Gospodarz wyszedł z łazienki i w złości powiedział, co myśli o swoim gościu.

Według gospodarza gość wyczerpał ostatnią porcję szamponu. Według gościa, można by jeszcze buteleczkę wypłukać i uzyskać z niej taką ilość szamponu, która w zupełności wystarczyłaby do umycia króciutkich włosów gospodarza.

Gospodarz podsumował życie osobiste swojego gościa w następujący sposób: “W ogóle nie masz takiego zwykłego poczucia mieszkania z kimś pod jednym dachem. To tylko świadczy o braku twojej empatii. Zachowujesz się jak zupełny egoista. Nie myślisz o innych, za grosz! Czy przyszło ci w ogóle do głowy, że ja też chciałbym skorzystać ze swojego szamponu?”, tutaj sam odpowiedział sobie na pytanie, “No właśnie, nie przyszło! Jesteś naprawdę wspaniałym facetem, ale nie wystarczy być uduchowionym lekkoduchem! Rozumiesz?”

Kontynuował: “Ty w ogóle nie masz podejścia do sfery praktycznej. Chcesz wskazywać ludziom drogę, pokazywać im, jak żyć i świecić przykładem, ale w takich prostych sprawach jak ręcznik i szampon w ogóle, ale to za nic, nie wiążesz końca z końcem. Miarka się przebrała, naprawdę! Nic nie robisz w tym domu, tylko z niego korzystasz, a to jest moje gniazdo. Moje, słyszysz? I czuję się tak, jakbyś podkradał mi z niego jajka!”

“Jestem zły!”, dodał na koniec z impetem, “I nie mów mi, że widzisz, że jestem zły! Nie szantażuj mnie!”. Do domu wszedł drugi gość. Gospodarz powiedział: “Właśnie się pokłóciliśmy”.

Kategorie
opowiadania

Tinder

Zaczyna się od wiązki światła. Taki snopek nieduży. On zaczyna drapać. Droczy się, czego nie widać, mimo poświaty. Rysuje, strzela, męczy oko, a jego obecność boli. Dwie wiadomości – dobra i zła: to się może udać oraz rachunek prawdopodobieństwa to hazard. Jak w tym ekranie wysiedzieć?

Skwierczy. Muszę skręcić jajka. Gaz, jak się ustawi na mały, doprawi omlet. Za duży – przypali. Rumieniec to przyprawa, węgiel – przyprawa wątpliwa. Problem oczekiwania. Niepewności, czy jajko się zrobi, czy wręcz przeciwnie, niedoczekanie moje. Co zrobić, by proces przyspieszyć? Rozłożę talerz, poprawię srebrny nóż przy nim, co by równo – to uspokaja. Spożycie i spokój to anielska para.

Ponoć lubi kwiaty; nie ponoć, bo tak mówi. Czy odpisze? Nie wiem. Jajka się robią, nad tym mam kontrolę: skręcić gaz, odkręcić gaz. A co za oknem? Świat jest przecież taki ogromny, po co zamykać się we własnym? Chmury, deszcz. O bardziej wsobną pogodę prosić nie wypada. Pola, no dobrze, skupmy się na polach. Są zielone i rosną na nich kwiaty. Pod spodem jest ziemia, ktoś ją być może zaorał, wysiał, podlał, zadbał o nią i… zaczekał. Czyli jednak nie ucieknę, czekanie mym obowiązkiem. Jajka!

A niech to, prawie węgiel. Skup się, w mordę. Przesadzam, przyrumieniły się wyraziście. Nic wielkiego, obrócić i zjeść. Też mi ceregiele, żaden błąd. Po prostu omlet, dobrze? Zrobiłem sobie omlet. Czy nieidealny? Ktoś powie, że się przejmuję, że na coś czekam. Że martwię się, tęsknię, że umieram z niepewności i klnę w duchu oraz się lękam. Nic bardziej mylnego. Spokojnie jem i siedzę jak szczęśliwy człowiek. Nikt niczego mi nie zarzuci. Dostrzegam promień słońca, przebija przez szarugę i brudnotę, przez mżący kokon i mgliste barwy skropionych kwiatem pól o brunatnej ziemi. Robactwo, rosa, pajęczyny i dmuchawce – jestem od tego silniejszy i łagodnymi ruchami konsumuję jaja.

Omlet na wykończeniu. Nie przejmuję się tym, proszę zobaczyć. Talerz odsłaniał się spod jaj powoli, a teraz pragnie pokazać się cały. Cały pusty. Czy mu bronię? Cóż za widok przykry. Niech zawiśnie moja głowa, wsparta o łokcie, tuż nad drewnianym stołem. Zaglądał będę w tę gładź talerza, w pościel bez pierzyny, i czekał. Znowu. W nieskończoność, wskoczę w bezmiar i ujrzę znów doskwierający snop światła, ten promień nadziei, tej bolączki w zielonej sukni. Czy odpisze? Mnie? Jestem przecież godny. Mam wszystko, czego trzeba. Czy nie dość to eksponuję, by ugasić tlący się w ludziach płomień zwątpienia? Jak jeszcze ubrać mam w płaszczyk słów szczęście własnego istnienia, bym nie wzbudzał troski i zażenowania?