Kategorie
ciekawostki duchowość filozofia

Co się z nami dzieje, gdy umieramy?

Osiemnaście lat temu, dokładnie trzeciego sierpnia, 2002 roku, moje życie kompletnie zmieniło swój bieg. Stało się to w upalne, duszne popołudnie w moim domu rodzinnym, który mój ojciec wybudował z taką miłością. Teraz tata leżał na podłodze w kuchni, w ostatnich chwilach swojego życia, a ja trzymałam go za rękę. 

Miałam trzydzieści lat. Mieszkałam w Bostonie i miałam prestiżową pracę jako strategiczny konsultant biznesowy. Przyjechałam do naszego domu na wsi, położonego pośród malowniczych wzgórz New Hampshire. Okazją był zlot rodzinny. Nikt z nas nie przypuszczał jak bardzo będzie się on różnił od wszystkich naszych spotkań do tej pory. Byliśmy razem, ale nie było zabaw i gier, nie było śmiechu, tańca i imprez. Zebraliśmy się, aby wspólnie opłakać śmierć patriarchy naszej rodziny. Ojciec odszedł nagle, z powodu ataku serca, w wieku pięćdziesięciu pięciu lat.

Dzień, w którym umarł, był dniem, w którym zaznałam największego w życiu bólu. Tego dnia otrzymałam także największy dar. To właśnie wtedy rozpoczęła się moja duchowa wędrówka. 

Przez całe życie, aż do tamtej chwili, byłam ateistką. Moi rodzice nie wierzyli w Boga. Mieli bardzo nieprzyjemne doświadczenia z religiami, toteż nie narzucali nam, swoim dzieciom, żadnej wiary. Nie byli jednak przeciwko Bogu. Uważali się za osoby uduchowione, ale nie dzielili się z nami swoimi przekonaniami na ten temat. Mówili nam, że każde z nas może dojść do własnych wniosków w kwestii Boga. Bardzo mocno idealizowałam swoich rodziców, więc poszłam w ich ślady i tak jak oni nie próbowałam pogłębiać wiary ani dowiadywać się niczego na ten temat.

Przez trzydzieści lat mojego życia jedyne moje doświadczenie z religią opierało się na kilku wizytach w kościele z okazji ślubu lub pogrzebu. W dzieciństwie, chodziłam też do kościoła z moją sąsiadką Coleen i jej rodziną, ale tylko dlatego, że zawsze po mszy zabierali nas do cukierni i dostawałam torebkę słodyczy. Moja mama surowo podchodziła do kwestii cukierków i nie pozwalała mi ich jeść zbyt często, toteż wytrzymanie godziny w kościele z rodziną McDonaldów było dla mnie niewielką ceną w zamian za upragnioną dawkę cukru. Nie rozumiałam wtedy czym jest kościół, a moi rodzice nie byli specjalnie zainteresowani, aby mi to wytłumaczyć.

Możecie sobie wyobrazić jak bardzo byłam zszokowana, gdy jako dorosła osoba, trzymając za rękę mojego ojca w chwili, gdy umierał, ujrzałam niebieskie światło. Moja siostra i kuzynka udzielały mu pierwszej pomocy. Mocno uciskały klatkę piersiową i wdychały powietrze w jego płuca, desperacko próbując przywrócić go do życia. Pozostali członkowie rodziny tłoczyli się wokół. Niektórzy stali bez ruchu, przerażeni, inni krzyczeli i płakali w panice. W samym centrum tej chaotycznej sceny, wypuściłam dłoń ojca i spokojnie poszłam do drugiego pokoju.

Wiedziałam, że opuścił już swoje ciało, bo w chwili, gdy to się stało, poczułam jego energię i zobaczyłam owe niebieskie światło. Jednocześnie ogarnął mnie wtedy niesamowity spokój. Wiedziałam, że już go nie ma. Odszedł i nigdy nie wróci. Byłam tego całkowicie pewna. Nie powiedziałam jednak o tym mojej rodzinie, bo pomyśleliby, że zwariowałam. Szczerze mówiąc, sama nie byłabym pewna, czy nie mieliby racji. Aż to tamtej chwili nie wierzyłam, że istnieje cokolwiek po śmierci. Myślałam, że jesteśmy tylko tym ciałem, że kiedy umieramy, to następuje definitywny koniec. Kurtyna opada, światła gasną, gra skończona. Mój ojciec kierował się w życiu zasadą, którą zresztą skutecznie mi przekazał: „żyje się tylko raz”.

Często mówił, że trzeba przeżywać każdy dzień tak, jakby miał być naszym ostatnim. Pamiętam jeden z jego listów, w którym pisał, że powinnam „wycisnąć z winogrona cały sok”. Chciał przez to powiedzieć, że mam do dyspozycji tylko jedno życie, więc muszę wyciskać doświadczenia z każdego dnia niczym sok z owoców – aż do ostatniej kropelki. Tak właśnie starałam się żyć, ale po wspomnianej wizji, niespodziewanie stanęłam twarzą w twarz z zupełnie innym paradygmatem. Jeśli życie jest tylko jedno, to czym było wobec tego błękitne światło opuszczające jego ciało? Czy to była jego dusza? Dokąd zmierzała? Czy tata będzie odtąd żył w jakimś innym wymiarze?

Siedziałam w salonie i ze spokojem dzwoniłam do krewnych informując ich o nagłej śmierci ojca. W tym samym czasie w pokoju obok moja matka, siostry i kuzyni, w ogromnym napięciu i rozpaczy wciąż nie ustawali w wysiłkach, aby przywrócić go do życia. Dopiero po dwóch godzinach, już w szpitalu, ostatecznie się poddali. Lekarze ogłosili zgon o 17:40 w niedzielę trzeciego sierpnia 2002 roku.

Przez wiele lat potem szukałam wyjaśnienia tego, co się wydarzyło w chwili śmierci mojego ojca. Czym było niebieskie światło i to wszechogarniające uczucie spokoju, którego doświadczyłam kiedy opuścił swoje ciało? Dokąd wtedy odszedł? Odpowiedzi szukałam najpierw w Buddyzmie. Dzięki moim poszukiwaniom nauczyłam się medytować, ale wciąż nie znalazłam satysfakcjonujących odpowiedzi na nurtujące mnie pytania.

W 2006 roku, gdy ukończyłam edukację jako konsultant Ajurwedy, postanowiłam, że pojadę do Indii, żeby tam rozsypać prochy mojego ojca. Nadal w pełni nie rozumiałam, co się stało z jego duszą, gdy opuściła ciało, ale przynajmniej miałam już pewność, że tę duszę posiadał, oraz że w momencie jego śmierci oddzieliła się od ciała. Wciąż nie miałam pojęcia czym było błękitne światło, które wtedy zobaczyłam, ani dokąd ojciec odszedł. Wiedziałam natomiast, że Indie to kraj przesycony duchowością, a Varanasi to miejsce szczególne, święte, gdzie odbywają się ceremonie rozsypywania prochów zmarłych. Poczułam, że muszę się tam wybrać, choć nie miałam pojęcia kiedy, ani jak się tam dostanę. Nie umiałam wyjaśnić dlaczego tak jest, ale w sercu czułam się związana z Indiami.

Pojechałam. W piątą rocznicę śmierci mojego ojca siedziałam w łodzi na rzece Ganges w Varanasi. Miałam na sobie nowiutką, specjalnie na tę okazję uszytą, bogato zdobioną jedwabną szatę o nazwie kurta, w kolorach żółtym i niebieskim. Drewniana podłoga łodzi była twarda i brudna, a ja zlana potem. Nie miało to jednak większego znaczenia, bo brałam udział w ceremonii rozsypania prochów mojego ojca. Odśpiewywałam każdą mantrę zgodnie z instrukcjami kapłana. Stara łódź kołysała się lekko na wodzie świętej rzeki, która zdawała się nas przyzywać, gotowa na przyjęcie prochów mojego przodka. Po godzinie powtarzania mantr, ofierze z kadzidła, kulek ladu, lampy olejnej, owoców, wody różanej i pachnących kwiatów jaśminu, nadeszła chwila, w której miałam pożegnać go na zawsze.

Oczywiście pięć lat temu, gdy tata zmarł, odbył się oficjalny pogrzeb. Jednak z jakiegoś powodu, ceremonia na rzece, w kraju, w którym nigdy jeszcze nie byłam, miała dla mnie dużo głębsze znaczenie. Kiedy nuciłam mantry nad urną, czułam ekstatyczne dreszcze. Nigdy dotąd nie doświadczyłam czegoś podobnego. To było tak, jakby mantry żyły i przekazywały mi energię. Wtedy usłyszałam ostatnią wskazówkę kapłana. Miałam wyrzucić prochy przez ramię do wody i nie oglądać się. Tak właśnie uczyniłam. Wody Gangesu otuliły mojego ojca i nadszedł czas, żebym wreszcie puściła go wolno. 

Mimo że czułam ogromna radość i wdzięczność, a także pomimo tego, że wiedziałam, jak wiele miałam szczęścia, mogąc powierzyć prochy mojego ojca świętej rzece, to nadal nie dawały mi spokoju te dwa pytania: dokąd odeszła jego dusza? Czym było niebieskie światło, które widziałam w dniu jego śmierci?

Odpowiedzi udzielił mi dopiero mój nauczyciel, osiem lat później. Znów spotkało mnie wielkie szczęście. Powróciłam do Indii dzięki temu, że jego brat, dr Chauhan, doradził mi spotkanie z nim i pomógł wszystko zaaranżować. 

Niedługo później doszło do mojej inicjacji, zwanej diksha, dzięki której oficjalnie stałam się jego uczennicą. Babadżi zapytał mnie czy mam do niego jakiekolwiek pytania. Bez namysłu wyrzuciłam z siebie właśnie to, które od trzynastu lat krążyło mi po głowie bez odpowiedzi. Opowiedziałam Babadżiemu o śmierci mojego ojca i o tym jak poczułam, że jego dusza opuszcza ciało. Łzy popłynęły mi z oczu na wspomnienie szoku, którego wtedy doświadczyłam. Czułam się przytłoczona smutkiem i zawstydzona, że płaczę w obecności mistrza, którego spotkałam pierwszy raz w życiu. 

Miałam ochotę wpełznąć pod koc i płakać tak długo, aż zasnę, tak jak robiłam wiele razy w żałobie po moim ojcu. Jednak jakaś część mnie wiedziała, że to ważne, żeby nie uciekać. Zalana łzami, z bólem w sercu i ściśniętym ze zdenerwowania żołądkiem, byłam gotowa otrzymać odpowiedzi od mojego nauczyciela.

– Co się stało z duszą mojego ojca kiedy umarł? – zapytałam. Mój głos drżał.

Mój guru zaczął mówić, a jego spokój i łagodny głos były ukojeniem dla mojego serca.

– Twój ojciec tak naprawdę nie umarł. To tylko nasze ciała rodzą się i umierają. Dusza jest nieśmiertelna, a ciało jest jedynie pojazdem dla niej. Musisz zatem zadecydować, czy opłakujesz śmierć duszy swojego ojca czy jego ciała. Jeśli płaczesz nad jego ciałem, to wylewasz łzy na próżno. Ciało jest bowiem czymś tymczasowym i któregoś dnia nieuchronnie umrze. Każdego, kto się urodził, czeka śmierć. To kwestia czasu. Twój ojciec zmarł, gdy miał pięćdziesiąt pięć lat. Gdyby stało się to dwadzieścia pięć lat później, cierpiałabyś tak samo. Rozumiem, oczywiście, że odszedł nagle i nieoczekiwanie, ale przecież nigdy nie możemy być pewni, kiedy nadejdzie śmierć. Dotyczy to każdego, także mnie i ciebie. Na co dzień o tym nie pamiętamy, lecz gdy umiera ktoś nam bliski, cierpimy. Jednak prawda jest taka, że umieramy po trochu w każdej chwili. Masz teraz czterdzieści dwa lata, co oznacza, że dokładnie tyle czasu umierałaś. Domyślam się, że nigdy w ten sposób o tym nie myślałaś. Innymi słowy, twoje ciało umarło już wiele razy. Ciała, które miałaś jako dziecko, ani tego które zamieszkiwałaś jako nastolatka, już na tym świecie nie ma. Badania naukowe potwierdzają, że każda komórka w naszych organizmach zostaje wymieniona w ciągu siedmiu lat. Oznacza to, że nie mam już ciała, które posiadałem siedem lat temu. Jednak nie odczuwamy tych zmian, ponieważ odbywają się bardzo powoli i stopniowo. Dlatego właśnie nie powinniśmy płakać po śmierci ciała. Jest ono bardzo nietrwałe. Dusza natomiast nie umiera nigdy, co oznacza, że opłakiwanie jej również nie ma sensu. Może spotkasz swojego ojca w tym lub kolejnym życiu, odrodzonego w innym ciele. Nie byłabyś w stanie go rozpoznać, ale jeżeli naprawdę mocno tego pragniesz, to z całą pewnością wasze drogi się skrzyżują. 

Słowa, którymi posługiwał się mój nauczyciel miały wielką moc. Nigdy wcześniej nie słyszałam czegoś podobnego i chciałam dowiedzieć się więcej. Pytałam więc dalej.

– Babadżi, to za czym tęsknię, to coś więcej niż ciało mojego ojca. Brakuje mi rozmów z nim, wspólnego śmiechu, jego osobowości. Tęsknię za naszą relacją. Tata był najważniejszym mężczyzną w moim życiu i moim najlepszym przyjacielem. Wspólnie analizowaliśmy wszystkie sfery życia. Kiedy umarł, czułam się tak, jakby razem z nim odeszła część mnie. Jestem bardzo smutna, bo wiem że już nigdy z nim nie porozmawiam. Było tyle ważnych momentów w moim życiu, o których chciałabym tacie opowiedzieć, a już tego nie zrobię. Nigdy nie odzyskam relacji z nim i jest to strata, którą opłakuję – powiedziałam, ocierając łzy.

– Wszystkie relacje są tymczasowe – odrzekł. – To jakich ludzi spotykamy w naszym życiu zależy od naszej karmy. Kiedy karma dobiega końca, relacja również się kończy. Śmierć przynosi kres relacjom, ale przecież niekiedy sami je zrywamy. Kończymy związki nawet z tymi, których tak bardzo kiedyś kochaliśmy i nie wyobrażaliśmy sobie życia bez nich. Jestem przekonany, że miałaś chłopaków, których kiedyś kochałaś na zabój, a teraz w ogóle cię nie obchodzą. Jeśli tak by nie było, to nic innego byś w życiu nie robiła, tylko opłakiwała stratę. Miałaś rodziców i dzieci w swoich przeszłych życiach, ale ich nie pamiętasz. Może ktoś, kto w przeszłym życiu był twoim synem, nadal żyje w obecnym? Nawet jeśli tak jest i podszedłby do ciebie na ulicy, nie rozpoznałabyś go. I tak to wygląda ze wszystkim relacjami na tym świecie. Prawdę mówiąc, wcale nie opłakujesz ojca. Opłakujesz samą siebie. Twój ojciec być może odrodził się już w innym ciele i jest teraz szczęśliwym nastolatkiem. Kompletnie nie zdaje sobie sprawy z istnienia jego dzieci z poprzednich wcieleń, toteż wcale nie rozpacza, że je utracił. Powtarzam, tak naprawdę jesteś w żałobie po stracie cząstki samej siebie. Tak samo dzieje się po rozstaniu. Na początku kochankowie cierpią, ale kiedy poznają kogoś nowego, ich cierpienie mija. Gdyby rzeczywiście opłakiwali stratę swojego ex-kochanka, to płakaliby bez końca, bo przecież tej osoby wciąż przy nich nie ma. Wynika z tego, że tak naprawdę płaczą nad pustką we własnym sercu. Gdy ta pustka wypełni się kimś nowym, nie ma już czego opłakiwać. Niemniej jednak, jeżeli jesteś nadal mocno związana ze swoim ojcem, możesz wciąż wyczuwać jego obecność w trakcie medytacji. Możesz nawet nawiązać kontakt z jego duszą, chociaż zdecydowanie odradzam tego rodzaju praktyki.

Czułam się tak jakby te głębokie i piękne słowa, którymi wyjaśniał nurtujące mnie kwestie, otuliły mnie jak poranna, osnuwająca górskie jezioro mgła. Mimo to, miałam więcej pytań. Nosiłam je w sobie przez ostatnie trzynaście lat.

– Skoro jego dusza jest wieczna, to dokąd odeszła, gdy umarł? Poczułam coś, gdy opuściła jego ciało. Gdzie teraz jest? – zapytałam. 

– Twój ojciec prawdopodobnie urodził się na nowo. Rodzimy się zgodnie z naszą karmą. Tak jak wspomniałem, jeżeli bardzo za nim tęsknisz i byłaś z nim tak blisko, możesz go nawet spotkać i to w obecnym życiu. – odrzekł Babadżi.

– To takie interesujące! Czy mogę zadać ci jeszcze jedno pytanie, dotyczące tego, co stało się gdy mój tata zmarł?

– Tak, oczywiście.

– Czym było to błękitne światło, które wtedy zobaczyłam? – zapytałam.

– Ta poświata pojawia się wokół każdej umierającej osoby i jest oznaką śmierci na poziomie komórkowym. Większość ludzi nie jest w stanie jej dostrzec. Prawdopodobnie posiadasz specjalny dar, który umożliwia ci widzenie takiego światła – tak brzmiała jego odpowiedź.

– Może ten dar pochodzi od Boga? Może chciał w ten sposób rozbudzić moją ciekawość tematem życia po śmierci? Przecież to właśnie ta ciekawość ostatecznie przywiodła mnie aż tutaj, do ciebie!

– Witaj w domu – odrzekł wesoło Babadżi.

Jego uśmiech sprawił, że poczułam się odprężona. Już wtedy, pierwszego dnia, było mi dobrze w moim nowym domu zwanym Vrindavan.

Źródło: https://www.jessicarichmondtherapist.com/post/babaji-please-advise-what-happens-when-a-person-dies
Przekład: Anna Zawadzka

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *