Kategorie
opowiadanie partnerstwo psychologia

Tinder

Zaczyna się od wiązki światła. Taki snopek nieduży. On zaczyna drapać. Droczy się, czego nie widać, mimo poświaty. Rysuje, strzela, męczy oko, a jego obecność boli. Dwie wiadomości – dobra i zła: to się może udać oraz rachunek prawdopodobieństwa to hazard. Jak w tym ekranie wysiedzieć?

Skwierczy. Muszę skręcić jajka. Gaz, jak się ustawi na mały, doprawi omlet. Za duży – przypali. Rumieniec to przyprawa, węgiel – przyprawa wątpliwa. Problem oczekiwania. Niepewności, czy jajko się zrobi, czy wręcz przeciwnie, niedoczekanie moje. Co zrobić, by proces przyspieszyć? Rozłożę talerz, poprawię srebrny nóż przy nim, co by równo – to uspokaja. Spożycie i spokój to anielska para.

Ponoć lubi kwiaty; nie ponoć, bo tak mówi. Czy odpisze? Nie wiem. Jajka się robią, nad tym mam kontrolę: skręcić gaz, odkręcić gaz. A co za oknem? Świat jest przecież taki ogromny, po co zamykać się we własnym? Chmury, deszcz. O bardziej wsobną pogodę prosić nie wypada. Pola, no dobrze, skupmy się na polach. Są zielone i rosną na nich kwiaty. Pod spodem jest ziemia, ktoś ją być może zaorał, wysiał, podlał, zadbał o nią i… zaczekał. Czyli jednak nie ucieknę, czekanie mym obowiązkiem. Jajka!

A niech to, prawie węgiel. Skup się, w mordę. Przesadzam, przyrumieniły się wyraziście. Nic wielkiego, obrócić i zjeść. Też mi ceregiele, żaden błąd. Po prostu omlet, dobrze? Zrobiłem sobie omlet. Czy nieidealny? Ktoś powie, że się przejmuję, że na coś czekam. Że martwię się, tęsknię, że umieram z niepewności i klnę w duchu oraz się lękam. Nic bardziej mylnego. Spokojnie jem i siedzę jak szczęśliwy człowiek. Nikt niczego mi nie zarzuci. Dostrzegam promień słońca, przebija przez szarugę i brudnotę, przez mżący kokon i mgliste barwy skropionych kwiatem pól o brunatnej ziemi. Robactwo, rosa, pajęczyny i dmuchawce – jestem od tego silniejszy i łagodnymi ruchami konsumuję jaja.

Omlet na wykończeniu. Nie przejmuję się tym, proszę zobaczyć. Talerz odsłaniał się spod jaj powoli, a teraz pragnie pokazać się cały. Cały pusty. Czy mu bronię? Cóż za widok przykry. Niech zawiśnie moja głowa, wsparta o łokcie, tuż nad drewnianym stołem. Zaglądał będę w tę gładź talerza, w pościel bez pierzyny, i czekał. Znowu. W nieskończoność, wskoczę w bezmiar i ujrzę znów doskwierający snop światła, ten promień nadziei, tej bolączki w zielonej sukni. Czy odpisze? Mnie? Jestem przecież godny. Mam wszystko, czego trzeba. Czy nie dość to eksponuję, by ugasić tlący się w ludziach płomień zwątpienia? Jak jeszcze ubrać mam w płaszczyk słów szczęście własnego istnienia, bym nie wzbudzał troski i zażenowania?