Kategorie
duchowość społeczeństwo

Śpiewnik dla Kryszny

Zrobiłem pierwszą wersję śpiewnika, juhu! Jest też link do wykonania z Indii. Poniżej tekst z wprowadzenia i plik PDF.

Dużo jest w życiu rzeczy wartych opowiedzenia. Świat to z pewnością przeogromny teatr możliwości. Możemy wybrać w nim dowolny rodzaj nastawienia do rzeczywistości i działać w niej na swój unikalny sposób. Jeden z nich to taki, w którym pomimo bólu, chorób i czekającej na nas śmierci, nie interpretujemy życia tak, aby sprawiało nam cierpienie. Po rozpoznaniu sensu własnego życia ulatuje z nas cynizm, nihilizm i fatalizm.

Jedną z form ekspresji, która spotyka się z uznaniem niezależnie od podejścia do życia, jest muzyka. Wykształcenie, pochodzenie, zainteresowania, charakter, stan emocjonalny – nic nie stoi nam na przeszkodzie, by dostroić się do swojego ulubionego utworu. I nie muszą to być sanskryckie pieśni duchowe, tak jak w tym śpiewniku. Sama melodia wyrzeźbiona w ciszy i powiązane z nią słowa (lub ich brak) oraz różnorodność dźwięków przyrody i rytmów bijących serc sprawiają, że muzyka przypadająca nam do gustu porusza nas i inspiruje do przeżywania chwil błogości.

Kategorie
duchowość psychologia

Nie jestem głupia!

– Zastanawiam się – zaczął niewinnie Babadżi – czym się zajmowałaś po tym, jak zwolniono cię z pracy w wydawnictwie za to, że przyćmiłaś swoich przełożonych.

Poczułam nagłe ukłucie wstydu. Wiedziałam, że nie mam się czym chwalić i niespecjalnie miałam ochotę opowiadać mu swoją historię. Bardzo chciałam uniknąć kolejnych pytań, które prześwietliłyby moją duszę, toteż odrzekłam z nonszalancją:

– Ach, pracowałam w hospicjum jako edukator społeczny.

– Hospicjum? Nigdy o czymś takim nie słyszałem.

– Hospicjum to miejsce zapewniające opiekę osobom umierającym – odpowiedziałam, wciąż zgrywając luzaka. Chciałam dać mu jak najmniej informacji, które mogłyby pobudzić jego ciekawość i natchnąć go do dalszych dociekań. Niestety, moje wysiłki nie przynosiły pożądanych rezultatów. 

–  A co robiłaś jako edukator społeczny? – Nie dawał za wygraną. Zdążyłam się już zapoznać z jego nieugiętym stylem drążenia tematu, który komuś innemu mógłby skojarzyć się z przesłuchaniem.

– Edukator społeczny to osoba, która edukuje lekarzy, pielęgniarki oraz pacjentów hospicjum w temacie śmierci i umierania – odpowiedziałam rzeczowo i dorzuciłam udawany uśmiech. Miałam nadzieję, że Babadżi odpuści i zmieni temat. Czy domyślał się, że coś jest na rzeczy? A może dobrze mi szło ukrywanie historii, którą nie chciałam się z nim dzielić?

–  Lubiłaś tę pracę? – Mój mistrz nie ustępował. 

– Tak, bardzo! – odrzekłam z przekonaniem.Próbowałam utrzymać fasadę.

– Więc dlaczego stamtąd odeszłaś? – zapytał, trafiając w sedno. Nie byłam pewna, czy zrobił to z pełną świadomością, czy nie, ale jego pytanie, niczym strzała, ugodziło w moje serce. Poczułam jak się ono skurczyło i zatłukło w piersi ze zdenerwowania, gdy tymczasem moje wnętrzności zaczęły zachowywać się tak, jak podczas szalonej jazdy rollercoasterem. Już wiedziałam, że Babadżi po raz kolejny umiejętnie podważa wieczko mojej osobistej puszki Pandory.

– Zostałam zwolniona przez szefową – wyjawiłam niechętnie.

– Co?! Znowu?! Po raz kolejny straciłaś pracę? Co takiego stało się tym razem? – pytał z szerokim uśmiechem na twarzy.

Kategorie
ciekawostki duchowość filozofia

Co się z nami dzieje, gdy umieramy?

Osiemnaście lat temu, dokładnie trzeciego sierpnia, 2002 roku, moje życie kompletnie zmieniło swój bieg. Stało się to w upalne, duszne popołudnie w moim domu rodzinnym, który mój ojciec wybudował z taką miłością. Teraz tata leżał na podłodze w kuchni, w ostatnich chwilach swojego życia, a ja trzymałam go za rękę. 

Miałam trzydzieści lat. Mieszkałam w Bostonie i miałam prestiżową pracę jako strategiczny konsultant biznesowy. Przyjechałam do naszego domu na wsi, położonego pośród malowniczych wzgórz New Hampshire. Okazją był zlot rodzinny. Nikt z nas nie przypuszczał jak bardzo będzie się on różnił od wszystkich naszych spotkań do tej pory. Byliśmy razem, ale nie było zabaw i gier, nie było śmiechu, tańca i imprez. Zebraliśmy się, aby wspólnie opłakać śmierć patriarchy naszej rodziny. Ojciec odszedł nagle, z powodu ataku serca, w wieku pięćdziesięciu pięciu lat.

Dzień, w którym umarł, był dniem, w którym zaznałam największego w życiu bólu. Tego dnia otrzymałam także największy dar. To właśnie wtedy rozpoczęła się moja duchowa wędrówka. 

Przez całe życie, aż do tamtej chwili, byłam ateistką. Moi rodzice nie wierzyli w Boga. Mieli bardzo nieprzyjemne doświadczenia z religiami, toteż nie narzucali nam, swoim dzieciom, żadnej wiary. Nie byli jednak przeciwko Bogu. Uważali się za osoby uduchowione, ale nie dzielili się z nami swoimi przekonaniami na ten temat. Mówili nam, że każde z nas może dojść do własnych wniosków w kwestii Boga. Bardzo mocno idealizowałam swoich rodziców, więc poszłam w ich ślady i tak jak oni nie próbowałam pogłębiać wiary ani dowiadywać się niczego na ten temat.

Przez trzydzieści lat mojego życia jedyne moje doświadczenie z religią opierało się na kilku wizytach w kościele z okazji ślubu lub pogrzebu. W dzieciństwie, chodziłam też do kościoła z moją sąsiadką Coleen i jej rodziną, ale tylko dlatego, że zawsze po mszy zabierali nas do cukierni i dostawałam torebkę słodyczy. Moja mama surowo podchodziła do kwestii cukierków i nie pozwalała mi ich jeść zbyt często, toteż wytrzymanie godziny w kościele z rodziną McDonaldów było dla mnie niewielką ceną w zamian za upragnioną dawkę cukru. Nie rozumiałam wtedy czym jest kościół, a moi rodzice nie byli specjalnie zainteresowani, aby mi to wytłumaczyć.

Możecie sobie wyobrazić jak bardzo byłam zszokowana, gdy jako dorosła osoba, trzymając za rękę mojego ojca w chwili, gdy umierał, ujrzałam niebieskie światło. Moja siostra i kuzynka udzielały mu pierwszej pomocy. Mocno uciskały klatkę piersiową i wdychały powietrze w jego płuca, desperacko próbując przywrócić go do życia. Pozostali członkowie rodziny tłoczyli się wokół. Niektórzy stali bez ruchu, przerażeni, inni krzyczeli i płakali w panice. W samym centrum tej chaotycznej sceny, wypuściłam dłoń ojca i spokojnie poszłam do drugiego pokoju.

Kategorie
duchowość partnerstwo psychologia

Zazdrosna? Kto, ja?

Naprawdę? Nie, nie może być!

Byłam tak podekscytowana, że aż kręciło mi się w głowie. Szłam w dół po szerokich marmurowych schodach do piwnicznej biblioteki w aszramie, a tam, przy swoim biurku, pogrążony w pracy, siedział Babaji. 

Wcześniej zaprosił mnie do Indii, abym przez dwa tygodnie pracowała z nim nad projektem dotyczącym Psychologii Wedyjskiej. Wszystko zorganizowaliśmy drogą mailową. Po dosyć krótkiej wymianie wiadomości, siedziałam już w samolocie do Indii. 

Babaji ostrzegał mnie przed okrutnym, lipcowym upałem, i radził, abym wstrzymała się z przyjazdem do chłodniejszego miesiąca, ale nie przejęłam się tym wcale. Byłam tak bardzo zaabsorbowana perspektywą uczenia się od niego, że nie przeszkadzał mi nawet pot, który kapał mi z pleców, robiąc sobie żarty z branych przeze mnie pryszniców. Tak oto, rozpływająca się z gorąca i na granicy udaru cieplnego, znalazłam się w parnej piwnicy aszramu Jiva w miejscowości Vrindavan w Indiach. 

Babaji siedział sobie spokojnie i pisał. Gdy ujrzałam go po raz pierwszy, nie mogłam uwierzyć własnym oczom. Był zupełnie spokojny i praktycznie się nie pocił. Co więcej, zachowywał się tak, jak gdyby dzień był chłodny i owiewała go przyjemna morska bryza. 

Zbliżając się, usiłowałam (pomimo upału) zachować zimną krew. Nie chciałam, żeby widział, jak bardzo dokucza mi skwar. Otarłam pot z czoła i poczułam się bardzo onieśmielona. Widziałam w nim bowiem postać wspaniałą, pełną miłości i mądrości. 

Przyszłam na umówione spotkanie punktualnie o piętnastej, a mimo to wstydziłam się zagaić rozmowę. Babaji był tak pochłonięty pracą, że nawet na mnie nie spojrzał, a ja bałam się rozproszyć jego skupienie. Stałam tam chyba z dziesięć minut, bijąc się z myślami: czy powinnam mu przerwać? Może pomyliła mi się godzina? A może zapomniał o naszym spotkaniu? A może powinnam sobie pójść? Pewnie nie zauważył, że tu byłam

W końcu wymyśliłam rozwiązanie. Zapytam go, czy mogę usiąść przy jednym ze stołów, a kiedy będzie gotowy, to na pewno sam zaprosi mnie do wspólnej pracy.

– Babaji, czy mogę usiąść przy tym stole? – wydukałam nieśmiało.

Kiedy uniósł wzrok zawstydziłam się jeszcze bardziej. Pomyślałam, że na pewno uznał, że mu się narzucam i przeszkadzam w pracy tymi swoimi głupimi  pytaniami. Ku mojemu zaskoczeniu, nie spojrzał na mnie, lecz na coś za moimi plecami.

– Na co on patrzy? – zdziwiłam się. Piwnica była przecież kompletnie pusta.

Tymczasem Babaji uśmiechnął się szeroko do pewnej osoby w głębi pomieszczenia, której wcześniej nie dostrzegłam. Dodatkowo wyglądał tak, jakby zaraz miał się roześmiać. Wtedy, wciąż wpatrzony w tego kogoś za mną, radośnie wypowiedział coś, co jak się potem miało okazać było jego hasłem rozpoznawczym.

– Nie wiem, musisz się jej spytać.

Odwróciłam się i, zaskoczona, ujrzałam śliczną blondynkę pracującą na komputerze przy jednym ze stołów. Musiałam jej nie zauważyć, gdy wchodziłam, opętana moimi nerwowymi rozmyślaniami o tym czy podejść do Babajiego czy uciec. Blond piękność spojrzała na niego i odwzajemniła mu uśmiech. Zaczęli się śmiać jakby z jakiegoś tylko dla nich zrozumiałego żartu. Natychmiast poczułam się wykluczona, niechciana, a zaraz potem wściekła.

Kategorie
duchowość filozofia społeczeństwo

Viveka, właściwa dyskryminacja

Słowo „dyskryminacja” źle się kojarzy. Używane jest, gdy mówimy o dyskryminacji rasowej, kastowej czy płci. W rezultacie oczekuje się od nas, abyśmy traktowali wszystkich równo. Abyśmy nie oceniali innych i nie osądzali ich charakteru. Ideał ten, choć szlachetny, jest w praktyce spotykany bardzo rzadko, a nawet tym, którzy starają się za nim podążać, nie wychodzi to za każdym razem.

Rozsądek

Wszyscy osądzają i dyskryminują, takie są bowiem funkcje intelektu. Kazać osobie posiadającej intelekt nie osądzać, to tak, jakby kazać nie słuchać komuś, kto ma uszy.

Tak naprawdę nie da się żyć bez oceniania. Przykładowo, jeśli mężczyzna wejdzie na lotnisku do damskiej toalety, to zrobi się zamieszanie. Jeśli zaparkujemy na miejscu dla niepełnosprawnych, dostaniemy mandat. W niektórych krajach możemy stracić głowę, jeśli pocałujemy partnera w miejscu publicznym – i to dosłownie. Musimy więc podejmować właściwe decyzje i dokonywać oceny w zależności od sytuacji. Rozróżniamy zatem toaletę męską od damskiej, zwykłe miejsce do parkowania od tego dla niepełnosprawnych oraz odpowiednie miejsce do okazywania czułości od nieodpowiedniego.

Tym samym nie każdy rodzaj dyskryminacji (etymologicznie rzecz biorąc: rozróżniania) jest negatywny. Nie musi zawierać w sobie obrazy, protekcjonalności czy zniesławienia.

W filozofii indyjskiej dyskryminacja nosi nazwę viveka i jest uważana za cechę, którą należy praktykować dla pogłębiania rozwoju duchowego. Słowo viveka pochodzi od rdzenia czasownikowego √vicir, który oznacza „oddzielać” lub „widzieć różnicę pomiędzy dwoma przedmiotami, cechami lub czynnościami”. Viveka to podstawa w dokonywaniu właściwej oceny, właściwego pojmowania, rozeznania itd. Na ścieżce wiedzy (jñāna-yoga) viveka jest jedną z czterech cech dyscypliny duchowej.

Kategorie
duchowość filozofia

Cel prawa karmy

Pytanie: Reakcje karmiczne często porównywane są z karą wymierzaną przez autorytety. Jednakże różnica polega na tym, iż w przypadku kary istnieje wyraźne powiązanie przyczynowo skutkowe. Osoba ukarana wie dlaczego tak się stało i że celem kary jest skorygowanie jej zachowania. W przypadku karmy ludzie zazwyczaj nie mają pojęcia dlaczego spotkała ich kara. Tym samym poprawa nie może zostać osiągnięta. Karma zdaje się być ślepym prawem istniejącym tylko po to, żeby istnieć. Wydaje się nie mieć żadnego celu poza własną egzystencją. Stąd pytanie, może jednak płynie jakaś korzyść dla osoby dotkniętej reakcją karmiczną?

Odpowiedź: Karma nie jest bezcelowym prawem. Jej cel jest dwojaki. Pierwszy to utrzymywanie moralności i harmonii w społeczeństwie. Jego fundamentem jest fakt, że każde nasze działanie wywiera wpływ na nas i na nasze otoczenie. Pisma (śāstra) jasno tłumaczą, że jeśli dopuszczamy się czynu zakazanego, to musimy ponieść tego konsekwencje. Nie jest też prawdą, że ludzie cierpią z powodu karmy, nie znając przyczyny swojego cierpienia.

Jest wielu przestępców, którzy zostają ukarani i wiedzą za co. Mimo wszystko popełniają to samo przestępstwo po raz kolejny. Na tej zasadzie można wywnioskować, że nawet jeśli ktoś wiedziałby jaka kara pochodzi od konkretnej karmy, to nie daje to gwarancji, że jej zachowanie ulegnie poprawie. Reakcja karmiczna może być rozumiana na takiej samej zasadzie. Co więcej, ludzie mogą dowiedzieć się za co są w danej sytuacji karani, bo wiedza płynąca z śāstry jest ogólnie dostępna.

Drugim celem karmy jest naprostowanie człowieka. Ostatecznie chodzi o to, by sprowadzić go do świadomości Boga. Jednak tego rodzaju naprostowanie nie dzieje się wyłącznie poprzez zastosowanie kary. Jeśli by tak było, to żadne przestępstwa nie miałby miejsca z powodu lęku przed karą, a przecież ludzie nie przestają ich popełniać. Nie dają za wygraną nawet wtedy, gdy zostają schwytani i ukarani. Toteż prawo karmy samo w sobie nie niesie za sobą przemiany. Zrozumienie pisma i wiara w znaczenie tego, co jest w nich napisane, jest tym, co ją przynosi.

Prawdziwa przemiana bierze się z posiadania wiary w pismo, a nie z wiedzy o naszej przeszłej karmie, która jest powodem naszego cierpienia.

Kategorie
duchowość filozofia psychologia społeczeństwo

Narzekać czy nie narzekać?

Ten wpis jest urozmaiconym przekładem tego artykułu, którego dosłowny tytuł brzmi: Narzekać czy być wdzięcznym? Myślę jednak, że w naszym pięknym kraju Szekspirowska forma tego pytania jest bardziej niż na miejscu.

O ile artykułów o wdzięczności mamy już wszyscy po dziurki w dziobie, bo przecież wiemy, że fajnie byłoby być wdzięcznym, ale tego się nie produkuje na zamówienie, o tyle dobrze czasem wpuścić do głowy pewne historie, które równoważą naszą skłonność do narzekania.

Choose your destiny…

… graliście kiedyś w Mortal Kombat? To taka okropna gra z przed której moja mama zawsze mnie odciągała. Niemniej słowa choose your destiny, które tam padały, dają dobre tło do poniższej historii.

Zobaczcie co jeden Chińczyk zrobił w odpowiedzi na życiowe brutality, tzn. wyobraźcie sobie jakie decyzje wewnętrzne musiał podjąć, aby sprostać swojemu wyzwaniu.

Peng Shuilin

Peng Shuilin (ur. 1958) ma 78 cm wzrostu. W 1995 roku wpadł pod ciężarówkę, która przecięła jego ciało w pół. Jego dolnych kończyn nie dało się naprawić, ale chirurdzy zszyli jego tors. Shuilin spędził dwa lata w szpitalu w południowych Chinach, przechodząc serię operacji mających na celu usprawnienie niemal każdego z głównych organów wewnętrznych i systemów ciała.

Peng ćwiczył swoje ręce i nabierał sił, zaczął samodzielnie myć twarz i zęby. Lekarze byli zdumieni, gdy po dziesięciu latach ponownie nauczył się chodzić. Z racji jego niezwykle trudnej sytuacji, lekarze a Chińskim Centrum Badań i Rehabilitacji w Pekinie (China Rehabilitation Research Centre in Beijing) wpadli na pomysł jak sprawić, by mógł chodzić samodzielnie. Wymyślna obudowa w kształcie jaja łączyła jego ciało z dwoma sztucznymi nogami. Peng zaczął chodzić po korytarzach Centrum Rehabilitacji. Kiedy dokonał tej sztuki za pierwszym razem, wykrzyknął, “Och, jak cudownie jest znowu chodzić po dziesięciu latach z połową ciała!”. Wicedyrektor szpitala Lin Liu, powiedział: “Zrobiliśmy mu podstawowe badania. Jest zdrowszy niż większość mężczyzn w jego wieku”.

Pen Shuilin otworzył swój własny sklep gdzie prowadził wyprzedaże, pod nazwą: “Pół-człowieka Pół-ceny”, (Half Man – Half Price Store). Stał się inspirującym biznesmenem i daje przykład innym chorym po amputacji. Porusza się także na wózku inwalidzkim. Prowadzi wykłady na temat wychodzenia z kalectwa. Jego nastawienie do życia jest niezwykłe, nie narzeka. “Miał dobrą opiekę, ale sekretem jego zdrowia jest wesołość. Nic go nie dołuje”. Jego życie jest aktem wytrwałości, tryumfem pogody ducha nad skrajnymi przeciwnościami losu.

Kategorie
duchowość psychologia retoryka społeczeństwo

Aborcja – gdzie jesteśmy?

Podzielę się swoim poglądem na temat aborcji. Myślę o tym od paru tygodni, odkąd przeczytałem program wyborczy jednego z kandydatów na prezydenta RP, a teraz dodatkowo jest to temat bieżący. Piszę o tym, bo chcę oddać swój głos w tej sprawie i piszę do ludzi, którzy interesują się wymianą poglądów i nie przeraża ich zbyt długa wypowiedź (TLDR? GBYE).

Według mnie człowiek powinien mieć prawo do samobójstwa oraz do zabicia życia w sobie pod warunkiem, że nie zagraża to bezpośrednio życiu innych, czyli tych poza jego ciałem. Nie oceniam, czy to słuszne, bo moim zdaniem taka ocena jest indywidualną sprawą podmiotu, który to powinien mieć możliwość legalnego i świadomego działania w kierunku śmierci własnej. Podkreślę – działania świadomego nie w sensie duchowym (bo po pierwsze być może to nie jego bajka, a po drugie to niemożliwe), tylko w sensie społecznym. Aby mógł o swoim dylemacie życia i śmierci jawnie porozmawiać z lekarzem lub terapeutą państwowym. I wtedy, po odpowiednich konsultacjach, po pewnej przyjaznej procedurze, mógł zadecydować sam. Według swojego sumienia oraz systemu wartości lub jednego i drugiego albo żadnego z nich. I żeby każdą z jego decyzji odebrano z szacunkiem.

Ktoś może stwierdzić, że nie mam swojego zdania, bo nie opowiadam się za słusznością lub niesłusznością decyzji o śmierci własnej lub człowieka, którego noszę w sobie. Odpowiem na to tak: uważam, że gdybym zdecydował się na odebranie sobie życia w tej chwili, to mój wybór byłby niesłuszny. Niespójny ze mną. Nie mój. A to jest moje życie. To ja je przeżywam i to ja oddaję je komu chcę lub zatrzymuję je dla siebie. Bez możliwości tego wyboru jestem dzieckiem albo niewolnikiem. A żeby w państwie były osoby legalnie dorosłe, to muszą mieć do takiego wyboru niezbywalne prawo. I owszem, ja mogę być czyimś niewolnikiem, ale z własnego wyboru.

Kategorie
Bez kategorii duchowość filozofia psychologia

Poklask w sanskrycie

Wybrałem ten artykuł, bo dotyczy czegoś, do czego miewam słabość. I myślę, że nie tylko ja…

… a chodzi tu o sławę i rozgłos. I żebyśmy mieli jasność, nie jest to wyłącznie parcie na szkło. Potrzeba rozgłosu jest czymś subtelnym i dotyczy czegoś więcej niż jawnej ochoty bycia w centrum uwagi. Wiąże się np. z dążeniem do posiadania racji, do bycia aprobowanym i podziwianym, do bycia kimś w towarzystwie. Chodzi też o lajki, o komentarze, o odzew, followersów, o potwierdzenie, że jesteśmy nie tylko okej, ale bardzo okej.

To wszystko, gdy napisać o tym jawnie, rzadko kiedy obudzi w kimś myśl: o, to ma coś ze mną wspólnego. Raczej gardzimy taką postawą i trudno przyznać, że mamy takie chwile w swoim życiu, gdzie potrzebujemy uwagi i kiwania głów innych.

Wybrałem ten artykuł również dlatego, że jest absolutnie bezkompromisowy. To w jaki sposób podchodzi do poklasku jest… godne oklasków. Tak więc zapraszam na kolejny kawałek sekciarskiego chlebka. Zapoznajmy się ze słowem: pratiṣṭhā.

Pięknie pachniesz, co to?

Pratiṣṭhā w sanskrycie oznacza sławę, chwałę i rozgłos itp. i wszyscy czasami mamy na nią smaka. Pracujemy wtedy by ją zdobyć i jesteśmy zadowoleni, gdy ją otrzymujemy. Dla niektórych jest to nawet popęd wiodący. Ludzie nim obdarzeni zdolni są poświęcić swoje życie dla sławy własnej, czy choćby swojej rodziny, kraju albo ulubionej drużyny sportowej.

Hare, hare! Patrzcie na nas!
Kryszna górą, heja!
Kategorie
duchowość filozofia partnerstwo psychologia

Powód samotności

W ostatnim wpisie mówiłem o tym czym jest dla mnie bhakti-joga. Zanim któregoś razu opublikuję czym ona jest podręcznikowo, weźmy praktyczną bolączkę na którą daje ona ciekawą perspektywę. Temat samotności.

Przetłumaczę teraz artykuł ze strony jiva.org. Pisze tam mój nauczyciel i wybieram takie, które mnie na dany moment ciekawią. Nie będę ich tłumaczył bez własnego komentarza, bo jest tam sporo terminów, które trzeba wyjaśnić.

Pierwszy tekst dotyczy samotności. Ostatnio mam z nią więcej do czynienia więc mnie zainteresował. Nie jest to doświadczenie wyłącznie przykre. Chociaż czym innym jest bycie samemu, a czym innym samotność. W tym artykule samotność rozumiana jest raczej jako coś niechcianego czy też właśnie przykrego. I chyba z reguły tak się o niej mówi.

Tożsamość duszy

Zaczynamy z grubej rury. Słowa dusza będę tutaj używał do określenia tego, co w sanskrycie nazywa się ātmā. Być może nie jest to najlepsze tłumaczenie, ponieważ ma sporo naleciałości kulturowych. Wolę jednak to niedoskonałe słowo niż tekst przesiąknięty enigmatycznym sanskrytem. Powiem tylko jaka jest podstawowa różnica pomiędzy duszą a ātmą. Otóż dusza w rozumieniu chrześcijańskim ma swój początek, bo tworzy ją Bóg i to w momencie zaistnienia ciała w wyniku miłości rodziców. Jeśli chodzi o wedantę, dusza jest czymś co jest równie stare/młode co Bóg i przechodzi z ciała do ciała. Tak więc ātmā nie została przez Niego stworzona, ale jest częścią jednej z Jego trzech energii – energii pośredniej.

By the way, na samym dole artykułu będzie słowniczek terminów sanskryckich, których tutaj występują.

Mówiąc krótko o energiach Boga, wyróżniamy:
– Wewnętrzną, intymną. Dzięki niej przejawia się łaska.
– Pośrednią, to właśnie my, hurra, niezliczone wieczne dusze.
– Zewnętrzną, tak zwany matrix lub w sanskrycie maja. Energia materialna, natura od namacalnej po atomy, kwarki, struny i wibracje.

No więc prawdziwą tożsamością duszy jest to, że jest ona częścią pośredniej energii Kryszny. Tutaj od razu wtrącę słów kilka.