Kategorie
filozofia psychologia społeczeństwo

Jak uniknąć mistrzowskiej katastrofy?

Dzisiaj poruszę temat dyplomacji, która miewa nieprzyjemne konotacje. Może się wydawać, że jej stosowanie odbija się na naszej autentyczności, a sformułowanie “po prostu jestem sobą” pada plackiem w kałużę. Ale czy musi tak być?

Redagując ten artykuł, myślałem o tym, jak niezręczne w odbiorze potrafią być anegdoty przytaczane przez osoby, będące w relacji uczeń-nauczyciel. Z jednej strony niosą za sobą konkretne i dość błyskotliwe przesłanie, a z drugiej wystawiają na próbę potencjał ufności.

Co przez to pojęcie rozumiem?

Kiedyś przeczytałem o takim porównaniu zaufania do waluty. Mając w perspektywie, że pieniądze, gdy wydawać je bez umiaru, w którymś momencie się kończą, a jeśli rozsądnie je inwestować, mnożą się, porównanie to jest całkiem trafne, choć nie szedłbym w nim za daleko.

Jednymi z najważniejszych decyzji, które przychodzi mi podejmować w życiu, są te, dotyczące zaufania, a pytanie, czy ufam drugiej osobie wraca do mnie w miarę pogłębiania naszej relacji. Oprócz dawania na wstępie kredytu zaufania, im więcej mam pozytywnych doświadczeń mam z daną osobą, tym łatwiej owo zaufanie dawać dalej. Aż w końcu do chodzi do chwili, gdy ufam jej całkowicie i traktuję jak przyjaciela.

W przypadku relacji uczeń-mistrz, zaufanie wystawiane jest “regularnie na niespodziewaną” próbę. W miarę upływu czasu i doświadczeń z mistrzem, mam przekonanie, że ufam mu bez reszty. Są jednak momenty, takie jak opisane w poniższym artykule mojej siostry z duchowego szlaku, kiedy o zaufanie wcale nie jest tak łatwo. Mam wtedy wrażenie, że mistrz chce mi coś zabrać, pozbawić mnie czegoś bardzo mojego.

Na szczęście, za każdym razem gdy tracę domniemany skarb, jest mi lżej, ponieważ w rzeczywistości był on ciężarem, który dopiero dzięki jego mądrości zaczyna ponownie zamieniać się w coś cennego.
Artykuły takie jak ten, mogą wydawać się naiwne, bo ukazują nauczyciela jako mędrca, a ucznia, jak wierzgającego barana. Dla osób, które nie mają doświadczenia takiej relacji, czyli nie mają mistrza, któremu są poddani, naturalną reakcją na takie anegdoty jest poczucie zagrożenia. Że oto są świadkami, jak ktoś zatraca siebie i własny rozsądek na rzecz kogoś, kto nie działa z czystych pobudek. Nawet jeśli rozsądek tej osoby w obserwowalny sposób przybiera na sile.

Ciężko się temu dziwić. Wykorzystania na tle wiary, czy to fizyczne czy ekonomiczne, są istną plagą. Przyjaźń sprawia, że nie tylko chcemy cieszyć się z radości naszych przyjaciół i przeżywać z nimi nasze oraz ich smutki, ale zachęca nas także do odpowiedzialności, gdy widzimy, że może stać im się krzywda, na którą wydają się być ślepi.

Paradoksalnie, wybicie człowieka ze ślepej wiary, jest właśnie odpowiedzialnością mistrza duchowego. Ludzie, którzy poddają się emocjonalności w kwestiach duchowych, nierzadko oceniani są jak ci, których funkcje intelektualne są obniżone, jako niezdolnych do sceptycyzmu, dystansu oraz, bardziej całościowo, naiwnych czy zwyczajnie głupich. Właściwy jest tutaj balans, tak jak w związku miłosnym, gdzie motylkowy haj jest równie mile widziany, jak sprawny umysł.

Od dobrych siedmiu lat zależy mi na dostarczaniu wiedzy i zrozumienia, które płynie z kultury indyjskiej, takiej, jak ją poznałem. Nie odbyło się to za sprawą żadnej organizacji czy ruchu, którego koniecznie chciałem być częścią, żeby czuć się bezpiecznie, ale raczej w dość naturalny, spokojny sposób. Od rozmowy do rozmowy, osobistych relacji w trakcie podróży.

Czytając poniższy artykuł, chciałbym podkreślić właśnie ten wymiar dialogu z mistrzem. Jest to wpuszczenie drugiej osoby do świata własnych doświadczeń w zaufaniu, że wnosi do niego pochodnię wiedzy.

Bywa, że traktujemy swoje doświadczenia jak prawdę ostateczną, jak określone fakty, których reinterpretacja niezgodna z interpretacją pierwotną, czyli naszą, jest niczym innym jak praniem mózgu.

Na takie pranie, jak wiadomo, i mówię to bez cienia ironii, należy być bardzo czujnym i ostrożnym. Wykorzystać sentyment duchowy człowieka w sposób niezgodny z intencją pism objawionych to najsubtelniejszy gwałt, jaki można mu zadać. Historia pokazuje, że jeśli się go przeprowadzi skutecznie, taki osobnik, a tym bardziej grupa, mogą wyrządzić mnóstwo krzywdy i to wcale nie subtelnej, a wszystko to w poczuciu wiary i zaufania do własnej racji i interpretacji.

Tutaj zakończę wstęp. Mam nadzieję, że ten artykuł/dialog/opowieść wam się spodoba. Dotyczy on dwóch osób, które są mi bliskie i których treści lubię tłumaczyć, przekazywać dalej, a także konfrontować z tym, jak są odbierane. Jest on właśnie efektem jednego z takich przekładów. Zapraszam do lektury.