Kategorie
filozofia psychologia społeczeństwo

Jak uniknąć mistrzowskiej katastrofy?

Dzisiaj poruszę temat dyplomacji, która miewa nieprzyjemne konotacje. Może się wydawać, że jej stosowanie odbija się na naszej autentyczności, a sformułowanie “po prostu jestem sobą” pada plackiem w kałużę. Ale czy musi tak być?

Redagując ten artykuł, myślałem o tym, jak niezręczne w odbiorze potrafią być anegdoty przytaczane przez osoby, będące w relacji uczeń-nauczyciel. Z jednej strony niosą za sobą konkretne i dość błyskotliwe przesłanie, a z drugiej wystawiają na próbę potencjał ufności.

Co przez to pojęcie rozumiem?

Kiedyś przeczytałem o takim porównaniu zaufania do waluty. Mając w perspektywie, że pieniądze, gdy wydawać je bez umiaru, w którymś momencie się kończą, a jeśli rozsądnie je inwestować, mnożą się, porównanie to jest całkiem trafne, choć nie szedłbym w nim za daleko.

Jednymi z najważniejszych decyzji, które przychodzi mi podejmować w życiu, są te, dotyczące zaufania, a pytanie, czy ufam drugiej osobie wraca do mnie w miarę pogłębiania naszej relacji. Oprócz dawania na wstępie kredytu zaufania, im więcej mam pozytywnych doświadczeń mam z daną osobą, tym łatwiej owo zaufanie dawać dalej. Aż w końcu do chodzi do chwili, gdy ufam jej całkowicie i traktuję jak przyjaciela.

W przypadku relacji uczeń-mistrz, zaufanie wystawiane jest “regularnie na niespodziewaną” próbę. W miarę upływu czasu i doświadczeń z mistrzem, mam przekonanie, że ufam mu bez reszty. Są jednak momenty, takie jak opisane w poniższym artykule mojej siostry z duchowego szlaku, kiedy o zaufanie wcale nie jest tak łatwo. Mam wtedy wrażenie, że mistrz chce mi coś zabrać, pozbawić mnie czegoś bardzo mojego.

Na szczęście, za każdym razem gdy tracę domniemany skarb, jest mi lżej, ponieważ w rzeczywistości był on ciężarem, który dopiero dzięki jego mądrości zaczyna ponownie zamieniać się w coś cennego.
Artykuły takie jak ten, mogą wydawać się naiwne, bo ukazują nauczyciela jako mędrca, a ucznia, jak wierzgającego barana. Dla osób, które nie mają doświadczenia takiej relacji, czyli nie mają mistrza, któremu są poddani, naturalną reakcją na takie anegdoty jest poczucie zagrożenia. Że oto są świadkami, jak ktoś zatraca siebie i własny rozsądek na rzecz kogoś, kto nie działa z czystych pobudek. Nawet jeśli rozsądek tej osoby w obserwowalny sposób przybiera na sile.

Ciężko się temu dziwić. Wykorzystania na tle wiary, czy to fizyczne czy ekonomiczne, są istną plagą. Przyjaźń sprawia, że nie tylko chcemy cieszyć się z radości naszych przyjaciół i przeżywać z nimi nasze oraz ich smutki, ale zachęca nas także do odpowiedzialności, gdy widzimy, że może stać im się krzywda, na którą wydają się być ślepi.

Paradoksalnie, wybicie człowieka ze ślepej wiary, jest właśnie odpowiedzialnością mistrza duchowego. Ludzie, którzy poddają się emocjonalności w kwestiach duchowych, nierzadko oceniani są jak ci, których funkcje intelektualne są obniżone, jako niezdolnych do sceptycyzmu, dystansu oraz, bardziej całościowo, naiwnych czy zwyczajnie głupich. Właściwy jest tutaj balans, tak jak w związku miłosnym, gdzie motylkowy haj jest równie mile widziany, jak sprawny umysł.

Od dobrych siedmiu lat zależy mi na dostarczaniu wiedzy i zrozumienia, które płynie z kultury indyjskiej, takiej, jak ją poznałem. Nie odbyło się to za sprawą żadnej organizacji czy ruchu, którego koniecznie chciałem być częścią, żeby czuć się bezpiecznie, ale raczej w dość naturalny, spokojny sposób. Od rozmowy do rozmowy, osobistych relacji w trakcie podróży.

Czytając poniższy artykuł, chciałbym podkreślić właśnie ten wymiar dialogu z mistrzem. Jest to wpuszczenie drugiej osoby do świata własnych doświadczeń w zaufaniu, że wnosi do niego pochodnię wiedzy.

Bywa, że traktujemy swoje doświadczenia jak prawdę ostateczną, jak określone fakty, których reinterpretacja niezgodna z interpretacją pierwotną, czyli naszą, jest niczym innym jak praniem mózgu.

Na takie pranie, jak wiadomo, i mówię to bez cienia ironii, należy być bardzo czujnym i ostrożnym. Wykorzystać sentyment duchowy człowieka w sposób niezgodny z intencją pism objawionych to najsubtelniejszy gwałt, jaki można mu zadać. Historia pokazuje, że jeśli się go przeprowadzi skutecznie, taki osobnik, a tym bardziej grupa, mogą wyrządzić mnóstwo krzywdy i to wcale nie subtelnej, a wszystko to w poczuciu wiary i zaufania do własnej racji i interpretacji.

Tutaj zakończę wstęp. Mam nadzieję, że ten artykuł/dialog/opowieść wam się spodoba. Dotyczy on dwóch osób, które są mi bliskie i których treści lubię tłumaczyć, przekazywać dalej, a także konfrontować z tym, jak są odbierane. Jest on właśnie efektem jednego z takich przekładów. Zapraszam do lektury.

Kategorie
duchowość partnerstwo psychologia

Zazdrosna? Kto, ja?

Naprawdę? Nie, nie może być!

Byłam tak podekscytowana, że aż kręciło mi się w głowie. Szłam w dół po szerokich marmurowych schodach do piwnicznej biblioteki w aszramie, a tam, przy swoim biurku, pogrążony w pracy, siedział Babaji. 

Wcześniej zaprosił mnie do Indii, abym przez dwa tygodnie pracowała z nim nad projektem dotyczącym Psychologii Wedyjskiej. Wszystko zorganizowaliśmy drogą mailową. Po dosyć krótkiej wymianie wiadomości, siedziałam już w samolocie do Indii. 

Babaji ostrzegał mnie przed okrutnym, lipcowym upałem, i radził, abym wstrzymała się z przyjazdem do chłodniejszego miesiąca, ale nie przejęłam się tym wcale. Byłam tak bardzo zaabsorbowana perspektywą uczenia się od niego, że nie przeszkadzał mi nawet pot, który kapał mi z pleców, robiąc sobie żarty z branych przeze mnie pryszniców. Tak oto, rozpływająca się z gorąca i na granicy udaru cieplnego, znalazłam się w parnej piwnicy aszramu Jiva w miejscowości Vrindavan w Indiach. 

Babaji siedział sobie spokojnie i pisał. Gdy ujrzałam go po raz pierwszy, nie mogłam uwierzyć własnym oczom. Był zupełnie spokojny i praktycznie się nie pocił. Co więcej, zachowywał się tak, jak gdyby dzień był chłodny i owiewała go przyjemna morska bryza. 

Zbliżając się, usiłowałam (pomimo upału) zachować zimną krew. Nie chciałam, żeby widział, jak bardzo dokucza mi skwar. Otarłam pot z czoła i poczułam się bardzo onieśmielona. Widziałam w nim bowiem postać wspaniałą, pełną miłości i mądrości. 

Przyszłam na umówione spotkanie punktualnie o piętnastej, a mimo to wstydziłam się zagaić rozmowę. Babaji był tak pochłonięty pracą, że nawet na mnie nie spojrzał, a ja bałam się rozproszyć jego skupienie. Stałam tam chyba z dziesięć minut, bijąc się z myślami: czy powinnam mu przerwać? Może pomyliła mi się godzina? A może zapomniał o naszym spotkaniu? A może powinnam sobie pójść? Pewnie nie zauważył, że tu byłam

W końcu wymyśliłam rozwiązanie. Zapytam go, czy mogę usiąść przy jednym ze stołów, a kiedy będzie gotowy, to na pewno sam zaprosi mnie do wspólnej pracy.

– Babaji, czy mogę usiąść przy tym stole? – wydukałam nieśmiało.

Kiedy uniósł wzrok zawstydziłam się jeszcze bardziej. Pomyślałam, że na pewno uznał, że mu się narzucam i przeszkadzam w pracy tymi swoimi głupimi  pytaniami. Ku mojemu zaskoczeniu, nie spojrzał na mnie, lecz na coś za moimi plecami.

– Na co on patrzy? – zdziwiłam się. Piwnica była przecież kompletnie pusta.

Tymczasem Babaji uśmiechnął się szeroko do pewnej osoby w głębi pomieszczenia, której wcześniej nie dostrzegłam. Dodatkowo wyglądał tak, jakby zaraz miał się roześmiać. Wtedy, wciąż wpatrzony w tego kogoś za mną, radośnie wypowiedział coś, co jak się potem miało okazać było jego hasłem rozpoznawczym.

– Nie wiem, musisz się jej spytać.

Odwróciłam się i, zaskoczona, ujrzałam śliczną blondynkę pracującą na komputerze przy jednym ze stołów. Musiałam jej nie zauważyć, gdy wchodziłam, opętana moimi nerwowymi rozmyślaniami o tym czy podejść do Babajiego czy uciec. Blond piękność spojrzała na niego i odwzajemniła mu uśmiech. Zaczęli się śmiać jakby z jakiegoś tylko dla nich zrozumiałego żartu. Natychmiast poczułam się wykluczona, niechciana, a zaraz potem wściekła.

Kategorie
opowiadanie partnerstwo psychologia

Tinder

Zaczyna się od wiązki światła. Taki snopek nieduży. On zaczyna drapać. Droczy się, czego nie widać, mimo poświaty. Rysuje, strzela, męczy oko, a jego obecność boli. Dwie wiadomości, dobra i zła: to się może udać oraz rachunek prawdopodobieństwa to hazard. Jak w tym ekranie wysiedzieć?

Skwierczy. Muszę skręcić jajka. Gaz, jak się ustawi na mały, doprawi omlet. Za duży przypali. Rumieniec to przyprawa, węgiel z kolei wątpliwa. Tak więc problem oczekiwania. Niepewności, czy jajko się zrobi, czy wręcz przeciwnie, niedoczekanie moje. Co zrobić, by proces przyspieszyć? Rozłożę talerz, poprawię srebrny nóż przy nim, co by równo, równo uspokaja. Spożycie i spokój to anielska para.

Ponoć lubi kwiaty; nie ponoć, bo tak mówi. Czy odpisze? Nie wiem. Jajka się robią, nad tym mam kontrolę: skręcić gaz, odkręcić gaz. A co za oknem? Świat jest przecież taki ogromny, po co zamykać się we własnym? Chmury, deszcz. O bardziej wsobną pogodę prosić nie wypada. Pola, no dobrze, skupmy się na polach. Są zielone i rosną na nich kwiaty. Pod spodem jest ziemia, ktoś ją być może zaorał, wysiał, podlał, zadbał i… zaczekał. Czyli jednak nie ucieknę, czekanie mym obowiązkiem. Jajka!

A niech to, prawie węgiel. Skup się, w mordę. Przesadzam, przyrumieniły się wyraziście. Nic wielkiego, obrócić i zjeść. Też mi ceregiele, żaden błąd. Po prostu omlet, dobrze? Zrobiłem sobie omlet. Czy nieidealny? Ktoś powie, że się przejmuję, że na coś czekam. Że martwię się, tęsknię, że umieram z niepewności i klnę w duchu oraz lękam na umyśle. Nic bardziej mylnego. Spokojnie jem i siedzę jak szczęśliwy człowiek. Nikt niczego mi nie zarzuci. Dostrzegam promień słońca, przebija przez szarugę i brudnotę, przez mżący kokon i mgliste barwy skropionych kwiatem pól o brunatnej ziemi. Robactwo, rosa, pajęczyny i dmuchawce – jestem od tego silniejszy i łagodnymi ruchy konsumuję jaja.

Kategorie
duchowość filozofia psychologia społeczeństwo

Narzekać czy nie narzekać?

Ten wpis jest urozmaiconym przekładem tego artykułu, którego dosłowny tytuł brzmi: Narzekać czy być wdzięcznym? Myślę jednak, że w naszym pięknym kraju Szekspirowska forma tego pytania jest bardziej niż na miejscu.

O ile artykułów o wdzięczności mamy już wszyscy po dziurki w dziobie, bo przecież wiemy, że fajnie byłoby być wdzięcznym, ale tego się nie produkuje na zamówienie, o tyle dobrze czasem wpuścić do głowy pewne historie, które równoważą naszą skłonność do narzekania.

Choose your destiny…

… graliście kiedyś w Mortal Kombat? To taka okropna gra z przed której moja mama zawsze mnie odciągała. Niemniej słowa choose your destiny, które tam padały, dają dobre tło do poniższej historii.

Zobaczcie co jeden Chińczyk zrobił w odpowiedzi na życiowe brutality, tzn. wyobraźcie sobie jakie decyzje wewnętrzne musiał podjąć, aby sprostać swojemu wyzwaniu.

Peng Shuilin

Peng Shuilin (ur. 1958) ma 78 cm wzrostu. W 1995 roku wpadł pod ciężarówkę, która przecięła jego ciało w pół. Jego dolnych kończyn nie dało się naprawić, ale chirurdzy zszyli jego tors. Shuilin spędził dwa lata w szpitalu w południowych Chinach, przechodząc serię operacji mających na celu usprawnienie niemal każdego z głównych organów wewnętrznych i systemów ciała.

Peng ćwiczył swoje ręce i nabierał sił, zaczął samodzielnie myć twarz i zęby. Lekarze byli zdumieni, gdy po dziesięciu latach ponownie nauczył się chodzić. Z racji jego niezwykle trudnej sytuacji, lekarze a Chińskim Centrum Badań i Rehabilitacji w Pekinie (China Rehabilitation Research Centre in Beijing) wpadli na pomysł jak sprawić, by mógł chodzić samodzielnie. Wymyślna obudowa w kształcie jaja łączyła jego ciało z dwoma sztucznymi nogami. Peng zaczął chodzić po korytarzach Centrum Rehabilitacji. Kiedy dokonał tej sztuki za pierwszym razem, wykrzyknął, “Och, jak cudownie jest znowu chodzić po dziesięciu latach z połową ciała!”. Wicedyrektor szpitala Lin Liu, powiedział: “Zrobiliśmy mu podstawowe badania. Jest zdrowszy niż większość mężczyzn w jego wieku”.

Pen Shuilin otworzył swój własny sklep gdzie prowadził wyprzedaże, pod nazwą: “Pół-człowieka Pół-ceny”, (Half Man – Half Price Store). Stał się inspirującym biznesmenem i daje przykład innym chorym po amputacji. Porusza się także na wózku inwalidzkim. Prowadzi wykłady na temat wychodzenia z kalectwa. Jego nastawienie do życia jest niezwykłe, nie narzeka. “Miał dobrą opiekę, ale sekretem jego zdrowia jest wesołość. Nic go nie dołuje”. Jego życie jest aktem wytrwałości, tryumfem pogody ducha nad skrajnymi przeciwnościami losu.

Kategorie
duchowość psychologia retoryka społeczeństwo

Aborcja, gdzie jesteśmy?

Podzielę się swoim poglądem na temat aborcji. Myślę o tym od paru tygodni, odkąd przeczytałem program wyborczy jednego z kandydatów na prezydenta RP, a teraz dodatkowo jest to temat bieżący. Piszę o tym, bo chcę oddać swój głos w tej sprawie i piszę do ludzi, którzy interesują się wymianą poglądów i nie przeraża ich zbyt długa wypowiedź. TLDR? GBYE.

Według mnie człowiek powinien mieć prawo do samobójstwa oraz do zabicia życia w sobie, pod warunkiem, że nie zagraża to bezpośrednio życiu innych, czyli tych poza jego ciałem. Nie oceniam czy to słuszne, bo moim zdaniem taka ocena jest indywidualną sprawą podmiotu, który to powinien mieć możliwość legalnego i świadomego działania w kierunku śmierci własnej. Podkreślę tutaj, świadomego nie w sensie duchowym (bo po pierwsze być może to nie jego bajka, a po drugie to niemożliwe), tylko w sensie społecznym. Aby mógł o swoim dylemacie życia i śmierci jawnie porozmawiać z lekarzem lub terapeutą państwowym. I wtedy, po odpowiednich konsultacjach, po pewnej przyjaznej procedurze, mógł zadecydować sam. Według swojego sumienia oraz systemu wartości lub jednego i drugiego albo żadnego z nich. I żeby każda z jego decyzji odebrana była z szacunkiem.

Ktoś może stwierdzić, że nie mam swojego zdania, bo nie opowiadam się za słusznością lub niesłusznością decyzji o śmierci własnej lub człowieka, którego noszę w sobie. Odpowiem na to tak: obecnie uważam, że gdybym zdecydował się na odebranie sobie życia w tej chwili, to mój wybór byłby niesłuszny. Niespójny ze mną. Nie mój. A to jest moje życie. To ja je przeżywam i to ja oddaję je komu chcę lub zatrzymuję je dla siebie. Bez możliwości tego wyboru jestem dzieckiem albo niewolnikiem. A żeby w państwie były osoby legalnie dorosłe to muszą mieć do takiego wyboru niezbywalne prawo. I owszem, ja mogę być czyimś niewolnikiem, ale z własnego wyboru.

Mamy teraz sytuację trudną. Jedna strona podchodzi do przerwania życia dziecka we wczesnej jego fazie jak do czegoś, czego warunki da się ustalić, druga porównuje ten zabieg do odsysania ludzi wielkim odkurzaczem. Zatrzymajmy się w tym miejscu. Z pewnością czym innym jest dla matki poronienie, a czym innym śmierć jej dziesięcioletniego dziecka. Tak samo, choć w obu przypadkach jest to według mnie śmierć człowieka, to jeśli jest to działanie z premedytacją, to w pierwszym przypadku moglibyśmy mówić o legalnym zabiciu dziecka we własnym brzuchu, a w drugim o karalnym zabójstwie dziecka. Te kwestie da się rozróżnić. A to, czy uznamy je w świetle prawa za tożsame, wywołuje mocne reakcje społeczne.

Kategorie
partnerstwo psychologia

Kwarantanna

Fajny tekst koleżanki z klasy, który tłumaczę prosto dla was. Wiem, że dużo jest podobnych wspomagaczy i czasem aż przesyt, ale ten jest taki jakiś ludzki. A że przemoc domowa przybiera na sile, to nawet jak jednej osobie polepszy dzień to warto. Przyjemnej lektury 

Dlaczego po prostu nie możemy się dogadać? Czyli jak przeżyć razem podczas kwarantanny.

Okej, mamy kwarantannę. Pod jednym dachem z bliskimi, ach, jak cudownie. Marzenia się spełniają. Miesiącami czekaliśmy, by pojechać razem na długie wakacje i oddać się spędzaniu wszystkich dni z ukochanymi. Teraz od tygodni żyjemy w zamknięciu i wygląda na to, że ten magiczny czas będzie trwał jeszcze długo, długo. Mmm, spędzać razem każdy dzień to jak ponownie się zakochać. Co za błogosławieństwo! Każdy dzień lepszy od poprzedniego. Dostrzegamy w bliskich dar od Boga, specjalny prezent dla nas. Wspaniały czas wzmożonej intymności. Dopiero teraz zauważamy piękne acz subtelne cechy naszych bliskich, te, których wcześniej nie byliśmy w stanie dostrzec. Owe trofea wypełniają nas dziką rozkoszą. Umiłowany każdy dzień spędzony razem – żyjemy nadzieją, że ten ekstatyczny czas nigdy się dobiegnie końca.

Czy tak się czujecie? Ta, jasne! Ale w porządku, jeśli jesteście jednymi z tych szczęściarzy, którzy rzeczywiście się tak czują, to wspaniale. Fajnie, że tak przyjemnie doświadczacie kwarantanny, cieszę się. Ale mówiąc szczerze jeszcze od nikogo nie słyszałam, żeby tak o tym opowiadał.

Krótko mówiąc, dużo osób ma doła. Czujemy się zaniepokojeni, zblokowani, ograniczeni, stłamszeni, sfrustrowani, a nawet przerażeni. Niektórzy chodzą wściekli i podminowani, inni są przytłoczeni. Wiele osób doświadcza izolacji i niepewności z racji różnych spraw, np. pracy. Życie w domu z bliskimi okazuje się nieraz chaotyczne, nerwowe, zwariowane, a czasem po prostu dołujące. Deprecha.

Pod koniec dnia często zastanawiamy się, “jak ja to wszystko przeżyję? Mam tego po prostu dosyć. Dlaczego on mi nie pomaga? Dlaczego ona ciągle mnie krytykuje? Dlaczego nie przestanie zrzędzić? Dlaczego jest takim egoistą? Dlaczego mnie nie rozumie? Cholera jasna, co z nim jest nie tak? Dlaczego ona w ogóle mnie nie słucha? Dlaczego on jest taki uparty? Czemu ona musi wszystko kontrolować? Czy on zawsze był takim gnojem?”.

Kategorie
Bez kategorii duchowość filozofia psychologia

Poklask w sanskrycie

Wybrałem ten artykuł, bo dotyczy czegoś, do czego miewam słabość. I myślę, że nie tylko ja…

… a chodzi tu o sławę i rozgłos. I żebyśmy mieli jasność, nie jest to wyłącznie parcie na szkło. Potrzeba rozgłosu jest czymś subtelnym i dotyczy czegoś więcej niż jawnej ochoty bycia w centrum uwagi. Wiąże się np. z dążeniem do posiadania racji, do bycia aprobowanym i podziwianym, do bycia kimś w towarzystwie. Chodzi też o lajki, o komentarze, o odzew, followersów, o potwierdzenie, że jesteśmy nie tylko okej, ale bardzo okej.

To wszystko, gdy napisać o tym jawnie, rzadko kiedy obudzi w kimś myśl: o, to ma coś ze mną wspólnego. Raczej gardzimy taką postawą i trudno przyznać, że mamy takie chwile w swoim życiu, gdzie potrzebujemy uwagi i kiwania głów innych.

Wybrałem ten artykuł również dlatego, że jest absolutnie bezkompromisowy. To w jaki sposób podchodzi do poklasku jest… godne oklasków. Tak więc zapraszam na kolejny kawałek sekciarskiego chlebka. Zapoznajmy się ze słowem: pratiṣṭhā.

Pięknie pachniesz, co to?

Pratiṣṭhā w sanskrycie oznacza sławę, chwałę i rozgłos itp. i wszyscy czasami mamy na nią smaka. Pracujemy wtedy by ją zdobyć i jesteśmy zadowoleni, gdy ją otrzymujemy. Dla niektórych jest to nawet popęd wiodący. Ludzie nim obdarzeni zdolni są poświęcić swoje życie dla sławy własnej, czy choćby swojej rodziny, kraju albo ulubionej drużyny sportowej.

Hare, hare! Patrzcie na nas!
Kryszna górą, heja!
Kategorie
duchowość filozofia partnerstwo psychologia

Powód samotności

W ostatnim wpisie mówiłem o tym czym jest dla mnie bhakti-joga. Zanim któregoś razu opublikuję czym ona jest podręcznikowo, weźmy praktyczną bolączkę na którą daje ona ciekawą perspektywę. Temat samotności.

Przetłumaczę teraz artykuł ze strony jiva.org. Pisze tam mój nauczyciel i wybieram takie, które mnie na dany moment ciekawią. Nie będę ich tłumaczył bez własnego komentarza, bo jest tam sporo terminów, które trzeba wyjaśnić.

Pierwszy tekst dotyczy samotności. Ostatnio mam z nią więcej do czynienia więc mnie zainteresował. Nie jest to doświadczenie wyłącznie przykre. Chociaż czym innym jest bycie samemu, a czym innym samotność. W tym artykule samotność rozumiana jest raczej jako coś niechcianego czy też właśnie przykrego. I chyba z reguły tak się o niej mówi.

Tożsamość duszy

Zaczynamy z grubej rury. Słowa dusza będę tutaj używał do określenia tego, co w sanskrycie nazywa się ātmā. Być może nie jest to najlepsze tłumaczenie, ponieważ ma sporo naleciałości kulturowych. Wolę jednak to niedoskonałe słowo niż tekst przesiąknięty enigmatycznym sanskrytem. Powiem tylko jaka jest podstawowa różnica pomiędzy duszą a ātmą. Otóż dusza w rozumieniu chrześcijańskim ma swój początek, bo tworzy ją Bóg i to w momencie zaistnienia ciała w wyniku miłości rodziców. Jeśli chodzi o wedantę, dusza jest czymś co jest równie stare/młode co Bóg i przechodzi z ciała do ciała. Tak więc ātmā nie została przez Niego stworzona, ale jest częścią jednej z Jego trzech energii – energii pośredniej.

By the way, na samym dole artykułu będzie słowniczek terminów sanskryckich, których tutaj występują.

Mówiąc krótko o energiach Boga, wyróżniamy:
– Wewnętrzną, intymną. Dzięki niej przejawia się łaska.
– Pośrednią, to właśnie my, hurra, niezliczone wieczne dusze.
– Zewnętrzną, tak zwany matrix lub w sanskrycie maja. Energia materialna, natura od namacalnej po atomy, kwarki, struny i wibracje.

No więc prawdziwą tożsamością duszy jest to, że jest ona częścią pośredniej energii Kryszny. Tutaj od razu wtrącę słów kilka.

Kategorie
duchowość partnerstwo psychologia

Duchowość i BDSM, co je łączy?

Temat seksu i duchowości zawsze jest gorący. To jak placki babci i piersi kochanki, coś co dawałoby do myślenia gdyby nie fakt, że ciężko się przed nimi opanować i zaobserwować jakąś ciekawszą myśl. To z perspektywy faceta.

Ostatnio moja koleżanka mówiła mi o tym, jak bardzo tęskni za swoim byłym, który był ponoć niezły w tzw. BDSM czyli “bondage, domination, sado-maso”. Jednym hiszpańskim słowem, atame!, a po polsku… weź mnie wychłostaj!

Zaczęło się od tego, że sam niedawno rozstałem się z dziewczyną. Siedziałem w pracy i jakoś nachodziły mnie myśli, że z kimś bym pogadał o uczuciach, a nie bardzo chciałem zaczynać temat wśród inżynierów i to jeszcze w nowej firmie.

– Wczoraj się wyprowadziłem – napisałem. – Było grubo. Brzuch mi jęczał, ale przeżyłem.
– A ona była? – spytała koleżanka.
– Nie. Spakowałem się z kumplem, potem mój brat jeszcze pomógł mi przewieźć rzeczy.
– To dobrze. A teraz co, ulga?
– Rano spokój, ale w robocie jakiś trochę rozbity jestem. Właśnie sobie zaparzyłem podwójną melisę i postanowiłem popisać z kimś doświadczonym.

Trochę kontekstu. Koleżanka też niedawno się rozstała więc sobie czasem dodajemy otuchy.

– Trudne są takie rozstania – napisała. – Ale wierzę, że jak raz przejdę uczciwie wszystkie etapy bólu po stracie to już będzie łatwiej.
– No, ma to sens. Dla mnie najgorsze byłoby rozstanie połowiczne.
– Tak, bo się czeka i żyje nadzieją.
– Co za rozmowy, jak Anonimowy Rozstańcy.
– Anoniomowi Depresanci też są.
– A Anonimowi Desperaci?
– Są. Ale ciężko utrzymać taką wspólnotę, bo to wymaga zaangażowania członków. A ludzie którym jest lepiej i wyleczą się z rozstania lub depresji nie wrócą. Brak takich, co dzieli się wieloletnim doświadczeniem. Dlatego uzależnienia się sprawdzają.
– Czemu?
– Bo uzależniasz się od wspólnoty, hehe.

Jak widzicie, koleżanka chodzi na meetingi. Ja jeszcze w życiu nie byłem, ale byłem na terapii i o meetingach słyszałem. Czytałem też książkę o DDA (dorosłe dzieci alkoholików) i dwunastu krokach, ciekawy temat.

– A tobie jak dzisiaj? – spytałem. – Brzuch, trzęsienie dupy, sentymenty?
– Zmęczona zlotem (meeting). Mega emocje i dużo łez. Ale nie, nic z tych rzeczy o które pytasz. Chciałabym już móc uprawiać seks po prostu bez moralniaka.
– To zaproszenie czy dopiero flirt?
– Z tobą już to robiłam więc bym zapytała wprost. Na razie nie umiem, mam blokadę.

Kategorie
duchowość filozofia psychologia

Bhakti-joga, co to?

Dużo myśli przychodzi mi do głowy. Z jednej strony chciałbym napisać o bhakti w sposób podręcznikowy i bezosobowy, a z drugiej zupełnie mija się to z celem zarówno blogowania jak i… samej filozofii bhakti. Żyję tym i chyba najfajniejsza perspektywa będzie taka, jaką mogę zaoferować bez owijania w bawełnę, czyli perspektywa wyznawcy, sekciarza i ucznia swojego mistrza.

Zadaję też sobie pytanie, do kogo piszę tego posta. Bo jest on specyficzny, mówi przecież o kwestiach wiary. Czy np. Katolik powinien porzucić taki tekst w przedbiegach? Myślę, że nie. Czy ateista powinien zacząć na boczku szukać argumentów dyskredytowania takiej postawy? Nie sądzę. Czy inny bhakta (osoba na ścieżce bhakti-jogi) znajdzie tutaj coś ciekawego? Być może. A być może powinni przestać czytać. It’s up to you.