Kategorie
duchowość partnerstwo psychologia

Zazdrosna? Kto, ja?

Naprawdę? Nie, nie może być!

Byłam tak podekscytowana, że aż kręciło mi się w głowie. Szłam w dół po szerokich marmurowych schodach do piwnicznej biblioteki w aszramie, a tam, przy swoim biurku, pogrążony w pracy, siedział Babaji. 

Wcześniej zaprosił mnie do Indii, abym przez dwa tygodnie pracowała z nim nad projektem dotyczącym Psychologii Wedyjskiej. Wszystko zorganizowaliśmy drogą mailową. Po dosyć krótkiej wymianie wiadomości, siedziałam już w samolocie do Indii. 

Babaji ostrzegał mnie przed okrutnym, lipcowym upałem, i radził, abym wstrzymała się z przyjazdem do chłodniejszego miesiąca, ale nie przejęłam się tym wcale. Byłam tak bardzo zaabsorbowana perspektywą uczenia się od niego, że nie przeszkadzał mi nawet pot, który kapał mi z pleców, robiąc sobie żarty z branych przeze mnie pryszniców. Tak oto, rozpływająca się z gorąca i na granicy udaru cieplnego, znalazłam się w parnej piwnicy aszramu Jiva w miejscowości Vrindavan w Indiach. 

Babaji siedział sobie spokojnie i pisał. Gdy ujrzałam go po raz pierwszy, nie mogłam uwierzyć własnym oczom. Był zupełnie spokojny i praktycznie się nie pocił. Co więcej, zachowywał się tak, jak gdyby dzień był chłodny i owiewała go przyjemna morska bryza. 

Zbliżając się, usiłowałam (pomimo upału) zachować zimną krew. Nie chciałam, żeby widział, jak bardzo dokucza mi skwar. Otarłam pot z czoła i poczułam się bardzo onieśmielona. Widziałam w nim bowiem postać wspaniałą, pełną miłości i mądrości. 

Przyszłam na umówione spotkanie punktualnie o piętnastej, a mimo to wstydziłam się zagaić rozmowę. Babaji był tak pochłonięty pracą, że nawet na mnie nie spojrzał, a ja bałam się rozproszyć jego skupienie. Stałam tam chyba z dziesięć minut, bijąc się z myślami: czy powinnam mu przerwać? Może pomyliła mi się godzina? A może zapomniał o naszym spotkaniu? A może powinnam sobie pójść? Pewnie nie zauważył, że tu byłam

W końcu wymyśliłam rozwiązanie. Zapytam go, czy mogę usiąść przy jednym ze stołów, a kiedy będzie gotowy, to na pewno sam zaprosi mnie do wspólnej pracy.

– Babaji, czy mogę usiąść przy tym stole? – wydukałam nieśmiało.

Kiedy uniósł wzrok zawstydziłam się jeszcze bardziej. Pomyślałam, że na pewno uznał, że mu się narzucam i przeszkadzam w pracy tymi swoimi głupimi  pytaniami. Ku mojemu zaskoczeniu, nie spojrzał na mnie, lecz na coś za moimi plecami.

– Na co on patrzy? – zdziwiłam się. Piwnica była przecież kompletnie pusta.

Tymczasem Babaji uśmiechnął się szeroko do pewnej osoby w głębi pomieszczenia, której wcześniej nie dostrzegłam. Dodatkowo wyglądał tak, jakby zaraz miał się roześmiać. Wtedy, wciąż wpatrzony w tego kogoś za mną, radośnie wypowiedział coś, co jak się potem miało okazać było jego hasłem rozpoznawczym.

– Nie wiem, musisz się jej spytać.

Odwróciłam się i, zaskoczona, ujrzałam śliczną blondynkę pracującą na komputerze przy jednym ze stołów. Musiałam jej nie zauważyć, gdy wchodziłam, opętana moimi nerwowymi rozmyślaniami o tym czy podejść do Babajiego czy uciec. Blond piękność spojrzała na niego i odwzajemniła mu uśmiech. Zaczęli się śmiać jakby z jakiegoś tylko dla nich zrozumiałego żartu. Natychmiast poczułam się wykluczona, niechciana, a zaraz potem wściekła.

Kategorie
opowiadanie partnerstwo psychologia

Tinder

Zaczyna się od wiązki światła. Taki snopek nieduży. On zaczyna drapać. Droczy się, czego nie widać, mimo poświaty. Rysuje, strzela, męczy oko, a jego obecność boli. Dwie wiadomości – dobra i zła: to się może udać oraz rachunek prawdopodobieństwa to hazard. Jak w tym ekranie wysiedzieć?

Skwierczy. Muszę skręcić jajka. Gaz, jak się ustawi na mały, doprawi omlet. Za duży – przypali. Rumieniec to przyprawa, węgiel – przyprawa wątpliwa. Problem oczekiwania. Niepewności, czy jajko się zrobi, czy wręcz przeciwnie, niedoczekanie moje. Co zrobić, by proces przyspieszyć? Rozłożę talerz, poprawię srebrny nóż przy nim, co by równo – to uspokaja. Spożycie i spokój to anielska para.

Ponoć lubi kwiaty; nie ponoć, bo tak mówi. Czy odpisze? Nie wiem. Jajka się robią, nad tym mam kontrolę: skręcić gaz, odkręcić gaz. A co za oknem? Świat jest przecież taki ogromny, po co zamykać się we własnym? Chmury, deszcz. O bardziej wsobną pogodę prosić nie wypada. Pola, no dobrze, skupmy się na polach. Są zielone i rosną na nich kwiaty. Pod spodem jest ziemia, ktoś ją być może zaorał, wysiał, podlał, zadbał o nią i… zaczekał. Czyli jednak nie ucieknę, czekanie mym obowiązkiem. Jajka!

A niech to, prawie węgiel. Skup się, w mordę. Przesadzam, przyrumieniły się wyraziście. Nic wielkiego, obrócić i zjeść. Też mi ceregiele, żaden błąd. Po prostu omlet, dobrze? Zrobiłem sobie omlet. Czy nieidealny? Ktoś powie, że się przejmuję, że na coś czekam. Że martwię się, tęsknię, że umieram z niepewności i klnę w duchu oraz się lękam. Nic bardziej mylnego. Spokojnie jem i siedzę jak szczęśliwy człowiek. Nikt niczego mi nie zarzuci. Dostrzegam promień słońca, przebija przez szarugę i brudnotę, przez mżący kokon i mgliste barwy skropionych kwiatem pól o brunatnej ziemi. Robactwo, rosa, pajęczyny i dmuchawce – jestem od tego silniejszy i łagodnymi ruchami konsumuję jaja.

Omlet na wykończeniu. Nie przejmuję się tym, proszę zobaczyć. Talerz odsłaniał się spod jaj powoli, a teraz pragnie pokazać się cały. Cały pusty. Czy mu bronię? Cóż za widok przykry. Niech zawiśnie moja głowa, wsparta o łokcie, tuż nad drewnianym stołem. Zaglądał będę w tę gładź talerza, w pościel bez pierzyny, i czekał. Znowu. W nieskończoność, wskoczę w bezmiar i ujrzę znów doskwierający snop światła, ten promień nadziei, tej bolączki w zielonej sukni. Czy odpisze? Mnie? Jestem przecież godny. Mam wszystko, czego trzeba. Czy nie dość to eksponuję, by ugasić tlący się w ludziach płomień zwątpienia? Jak jeszcze ubrać mam w płaszczyk słów szczęście własnego istnienia, bym nie wzbudzał troski i zażenowania?

Kategorie
partnerstwo psychologia

Kwarantanna

Fajny tekst koleżanki z klasy, który tłumaczę prosto dla was. Wiem, że dużo jest podobnych wspomagaczy i czasem aż przesyt, ale ten jest taki jakiś ludzki. A że przemoc domowa przybiera na sile, to nawet jak jednej osobie polepszy dzień to warto. Przyjemnej lektury 

Dlaczego po prostu nie możemy się dogadać? Czyli jak przeżyć razem podczas kwarantanny.

Okej, mamy kwarantannę. Pod jednym dachem z bliskimi, ach, jak cudownie. Marzenia się spełniają. Miesiącami czekaliśmy, by pojechać razem na długie wakacje i oddać się spędzaniu wszystkich dni z ukochanymi. Teraz od tygodni żyjemy w zamknięciu i wygląda na to, że ten magiczny czas będzie trwał jeszcze długo, długo. Mmm, spędzać razem każdy dzień to jak ponownie się zakochać. Co za błogosławieństwo! Każdy dzień lepszy od poprzedniego. Dostrzegamy w bliskich dar od Boga, specjalny prezent dla nas. Wspaniały czas wzmożonej intymności. Dopiero teraz zauważamy piękne acz subtelne cechy naszych bliskich, te, których wcześniej nie byliśmy w stanie dostrzec. Owe trofea wypełniają nas dziką rozkoszą. Umiłowany każdy dzień spędzony razem – żyjemy nadzieją, że ten ekstatyczny czas nigdy się dobiegnie końca.

Czy tak się czujecie? Ta, jasne! Ale w porządku, jeśli jesteście jednymi z tych szczęściarzy, którzy rzeczywiście się tak czują, to wspaniale. Fajnie, że tak przyjemnie doświadczacie kwarantanny, cieszę się. Ale mówiąc szczerze jeszcze od nikogo nie słyszałam, żeby tak o tym opowiadał.

Krótko mówiąc, dużo osób ma doła. Czujemy się zaniepokojeni, zblokowani, ograniczeni, stłamszeni, sfrustrowani, a nawet przerażeni. Niektórzy chodzą wściekli i podminowani, inni są przytłoczeni. Wiele osób doświadcza izolacji i niepewności z racji różnych spraw, np. pracy. Życie w domu z bliskimi okazuje się nieraz chaotyczne, nerwowe, zwariowane, a czasem po prostu dołujące. Deprecha.

Pod koniec dnia często zastanawiamy się, “jak ja to wszystko przeżyję? Mam tego po prostu dosyć. Dlaczego on mi nie pomaga? Dlaczego ona ciągle mnie krytykuje? Dlaczego nie przestanie zrzędzić? Dlaczego jest takim egoistą? Dlaczego mnie nie rozumie? Cholera jasna, co z nim jest nie tak? Dlaczego ona w ogóle mnie nie słucha? Dlaczego on jest taki uparty? Czemu ona musi wszystko kontrolować? Czy on zawsze był takim gnojem?”.

Kategorie
duchowość filozofia partnerstwo psychologia

Powód samotności

W ostatnim wpisie mówiłem o tym czym jest dla mnie bhakti-joga. Zanim któregoś razu opublikuję czym ona jest podręcznikowo, weźmy praktyczną bolączkę na którą daje ona ciekawą perspektywę. Temat samotności.

Przetłumaczę teraz artykuł ze strony jiva.org. Pisze tam mój nauczyciel i wybieram takie, które mnie na dany moment ciekawią. Nie będę ich tłumaczył bez własnego komentarza, bo jest tam sporo terminów, które trzeba wyjaśnić.

Pierwszy tekst dotyczy samotności. Ostatnio mam z nią więcej do czynienia więc mnie zainteresował. Nie jest to doświadczenie wyłącznie przykre. Chociaż czym innym jest bycie samemu, a czym innym samotność. W tym artykule samotność rozumiana jest raczej jako coś niechcianego czy też właśnie przykrego. I chyba z reguły tak się o niej mówi.

Tożsamość duszy

Zaczynamy z grubej rury. Słowa dusza będę tutaj używał do określenia tego, co w sanskrycie nazywa się ātmā. Być może nie jest to najlepsze tłumaczenie, ponieważ ma sporo naleciałości kulturowych. Wolę jednak to niedoskonałe słowo niż tekst przesiąknięty enigmatycznym sanskrytem. Powiem tylko jaka jest podstawowa różnica pomiędzy duszą a ātmą. Otóż dusza w rozumieniu chrześcijańskim ma swój początek, bo tworzy ją Bóg i to w momencie zaistnienia ciała w wyniku miłości rodziców. Jeśli chodzi o wedantę, dusza jest czymś co jest równie stare/młode co Bóg i przechodzi z ciała do ciała. Tak więc ātmā nie została przez Niego stworzona, ale jest częścią jednej z Jego trzech energii – energii pośredniej.

By the way, na samym dole artykułu będzie słowniczek terminów sanskryckich, których tutaj występują.

Mówiąc krótko o energiach Boga, wyróżniamy:
– Wewnętrzną, intymną. Dzięki niej przejawia się łaska.
– Pośrednią, to właśnie my, hurra, niezliczone wieczne dusze.
– Zewnętrzną, tak zwany matrix lub w sanskrycie maja. Energia materialna, natura od namacalnej po atomy, kwarki, struny i wibracje.

No więc prawdziwą tożsamością duszy jest to, że jest ona częścią pośredniej energii Kryszny. Tutaj od razu wtrącę słów kilka.

Kategorie
duchowość partnerstwo psychologia

Duchowość i BDSM – co je łączy?

Temat seksu i duchowości zawsze jest gorący. To jak placki babci i piersi kochanki coś co dawałoby do myślenia, gdyby nie fakt, że trudno się przed tym opanować i zaobserwować jakieś ciekawsze spostrzeżenie. To z perspektywy faceta.

Ostatnio koleżanka mówiła mi o tym, jak bardzo tęskni za swoim byłym, który był ponoć niezły w tzw. BDSM, czyli bondage, domination, sadomasochism. Jednym hiszpańskim słowem – atame! A po polsku… weź mnie wychłostaj!

Zaczęło się od tego, że sam niedawno rozstałem się z dziewczyną. Siedziałem w pracy i jakoś nachodziły mnie myśli, że z kimś bym pogadał o uczuciach, a nie bardzo chciałem zaczynać temat wśród inżynierów i to jeszcze w nowej firmie.

– Wczoraj się wyprowadziłem – napisałem. – Było grubo. Brzuch mi jęczał, ale przeżyłem.

– A ona była? – spytała koleżanka.

– Nie. Spakowałem się z kumplem, potem mój brat pomógł mi jeszcze przewieźć rzeczy.

– To dobrze. A teraz co, ulga?

– Rano spokój, ale w robocie jakiś trochę jestem rozbity. Właśnie sobie zaparzyłem podwójną melisę i postanowiłem popisać z kimś doświadczonym.

Trochę kontekstu. Koleżanka też od niedawna jest sama, więc sobie czasem dodajemy otuchy.

– Trudne są takie rozstania – napisała. – Ale wierzę, że jak raz przejdę uczciwie wszystkie etapy bólu po stracie, to już będzie łatwiej.

– No, ma to sens. Dla mnie najgorsze byłoby rozstanie połowiczne.

– Tak, bo się czeka i żyje nadzieją.

– Co za rozmowy, jak Anonimowi Rozstańcy.

– Anonimowi Depresanci też są.

– A Anonimowi Desperaci?

– Są. Ale trudno utrzymać taką wspólnotę, bo to wymaga zaangażowania członków. A ludzie, którym jest lepiej i którzy wyleczą się z rozstania lub depresji, nie wrócą. Brak takich, którzy dzielą się wieloletnim doświadczeniem. Dlatego uzależnienia się sprawdzają.

– Czemu?

– Bo uzależniasz się od wspólnoty, he, he!

Jak widzicie, koleżanka chodzi na meetingi. Jeszcze nigdy w nich nie uczestniczyłem, ale byłem na terapii i o nich słyszałem. Czytałem też książkę o DDA (dorosłych dzieciach alkoholików) i dwunastu krokach – ciekawy temat.

– A tobie jak dzisiaj? – spytałem. – Brzuch, trzęsienie dupy, sentymenty?

– Zmęczona zlotem (meetingiem). Mega emocje i dużo łez. Ale nie, nic z tych rzeczy, o które pytasz. Chciałabym już móc uprawiać seks po prostu bez moralniaka.

– To zaproszenie czy dopiero flirt?

– Z tobą już to robiłam, więc zapytałabym wprost. Na razie nie umiem, mam blokadę.

Aha, kontekst. No więc poznaliśmy się jakieś siedem–osiem lat temu. Zaszaleliśmy raz i tyle. A że jakoś fajnie nam się gadało, to po latach niedawno znowu się zgadaliśmy na fejsbuku i zaczęliśmy rozmawiać.

– Rozumiem taką blokadę – odpisałem. – Nie chce mi się bez miłości seksić. Nawet nie chodzi o moralność, tylko emocjonalnie po takiej zabawie czuję się jakiś pusty. A to co innego.

– No, rozumiem cię. Ja bym się popłakała pewnie i miała wyrzuty sumienia. Zmieniło mi się mega w tej sferze. Teraz potrzebuję bliskości i czułości i mam awersję do całego klimatu BDSM.

Ano, kontekst. No więc te siedem–osiem lat temu odkrywałem, co ten skrót oznacza, a jak wiadomo – najlepiej uczyć się na praktycznych przykładach. Także ona pamiętała mnie jeszcze jako takiego… kierownika produkcji.

– Pomiziać się, przytulić, film obejrzeć – napisałem. – Takie coś jest fajne.

– To to już w ogóle bym ryczała.

– Nie no, BDSM to agresja w oprawce, obsesja zamiast kontaktu.

– Jak jest miłość, to nie. To piękny akt oddania. Tylko że zanim to zrozumiałam, zanurzyłam się w gównie po pachy.

– He, he.

– Chyba jak się poznaliśmy, to byłam bardzo zafascynowana albo zaczynałam.

No właśnie. Także wspólne fascynacje, najlepiej jeszcze przy oparach lufek i flakoników.

– BDSM fujka – powiedziałem.

– Mega sobie krzywdę tym zrobiłam.

– Lekkie zabawy dominacji w łóżku, wiadomo, spontan. Ale jak już się planuje jakieś zabawki, sznury i pozycje, teksty, yyy… Dobry role-play wychodzi naturalnie, wyobraźnia w słowie przy czułym zbliżeniu. Humor, ekscytacja z inteligencji, tworzenia światów w trakcie.

– Słuchaj. Jeśli tak masz, to jesteś w mniejszości. Faceci nie umieją się bawić w wyobraźnię i spontaniczność w seksie.

– Umieją, umieją, tylko trzeba ich cierpliwie łowić. Ale pewnie racja, że mniejszość.

– Umieją tylko w to, co sami chcą, czyli w monolog seksualny, i rzadko umieją czytać z ciała i z tym płynąć.

– Bo ogólnie mało czytają – dodałem.

– Namiętność jest zaprzeczeniem mężczyzny – wysnuła. – Bo ego nie pozwala im się przyznać, że nie wiedzą i bazują na pornosach.

– To się z takimi nie spotykaj. Są inni. Nie mów tak o facetach.

– Dzięki za przypomnienie.

Po tym radosnym wstępie przeszliśmy do tematów subtelniejszych. Zaczęliśmy rozmawiać o duchowości i jakoś temat BDSM trochę się przewijał. Pamiętam, że jak jeszcze dobrych kilka lat temu jechałem pociągiem przez pola i łąki i dopiero zaczynałem się fascynować filozofią bhakti-jogi, to przyszło mi do głowy porównanie z BSDM. Zawsze mówiłem sobie: „o, kiedyś o tym napiszę”, ale jakoś nie było okazji. Nadarzyła się dopiero teraz albo lepiej – dopiero teraz zorganizowałem czas, aby opisać ten fenomen analogii z obszarów, które pozornie nie mają ze sobą wiele wspólnego.

– Ostatnio byłem w Indiach – powiedziałem. – No i fajne rzeczy mi wyszły na medytacjach.

– Co na przykład?

– Przez pierwszych kilka dni medytacji miałem właśnie dużo obrazów BDSM. W umyśle z moją eks. Trudnomi się było skupić, a któregoś razu się zorientowałem, że to jestem ja.

– W jakim sensie?

– Że jestem niewolnikiem zmysłów. Że chłostam siebie dla pseudo przyjemności, która koniec końców tylko mnie męczy, otumania i nie rozwija. Że robię to swojej duszy, a oprawcą jest nienasycony umysł. No i wtedy zrobiłem w głowie krok wstecz, żeby się temu przyjrzeć i przestało mnie to kontrolować.

– OK…

– A cała ta zabawa nagle zaczęła wyglądać śmiesznie i przestała na mnie działać.

– Ooo… Nie spotykam się teraz z nikim, ale biorę to za dobrą radę.

To było jakieś dwa miesiące temu. Bardzo ciekawe doświadczenie. Jest taka popularna mantra, która mówi „ty jesteś tym” i ma mnóstwo znaczeń. Jednym z nich jest dla mnie to, że jesteś tym, co właśnie obserwujesz w swoim umyśle. Oczywiście nie jest to wniosek końcowy, bo nie jesteśmy swoim umysłem ani ciałem. Ale gdy jesteśmy przywiązani do obrazów, słów i odczuć umysłu, to nasza tożsamość jest z nimi również powiązana. W przypadku wyobrażeń BDSM, które sprawiają przyjemność, taką tożsamością jest „ten, który czerpie przyjemność”, z angielskiego enjoyer. Tylko wtedy takie obrazy czy sama czynność mogą sprawiać przyjemność, kiedy wierzymy, że to my jesteśmy jej beneficjentem, a seks czy BDSM jest procesem do jej uzyskania.

– Człowiek potrzebuje się oddać duchowi – napisałem – a nie komuś innemu, żeby ten podsycał jego podniecenie. To jest wynik dążenia do ekstazy i intymnego kontaktu, ale w BDSM to iluzja.

– Szkoda na to energii. Ale żeby zrozumieć, o czym piszesz, chyba musiałabym mieć dłuższy wykład.

– W skrócie:naszą naturalną skłonnością jest służenie, bo ono daje nam spełnienie.

– Polubiłbyś nas w AA i NA (Anonimowi Alkoholicy i Anonimowi Narkomani). To jedna z podstaw naszego zdrowienia, ale mów dalej.

– Pewnie, że bym was polubił. No więc BDSM na tym bazuje, ale zamiast spełnienia jest podnieta i orgazm, a potem nieuchronna separacja i koniec spełnienia. Bo człowiek pragnie relacji ciągłej, a tę może mieć tylko w połączeniu duchowym.

– Pisz, pisz.

– Także sługa ducha, który o nim nie wie, będzie służył zmysłom i tym, którzy je dotkną. Wtedy czuje, że żyje, że jest potrzebny. To taka odwrotność palca bożego. Krzywe zwierciadło, w którym uwielbiamy się oglądać, choć nie widzimy w nim prawdy.

I tutaj koleżanka zadała fajne, proste pytanie.

– Co to znaczy służyć duchowi? Chodzi o bezinteresowność, intencje? O jakieś ogólne,  wyższe dobro?

– Nie. Chodzi o indywidualną relację z Bogiem. Tak jak w BDSM masz osobistą relację ze swoim panem.

– Mhm…

– Jak już się w takiej relacji jest, to efektem ubocznym jest wyższe dobro i bezinteresowność, bo działasz wtedy z ekstazy, której nikt ci nie odbierze. Nie ma zazdrości jak w przypadku mistrza z BDSM ani niepokoju, że odejdzie, znudzisz mu się albo przestanie cię kręcić.

– A jak pracować nad osobistą relacją z Bogiem?

 Tu wysłałem jej link do swojej podstrony o podejściu duchowym.

– Przede wszystkim robić rzeczy dla niego. Oddawać mu swoje emocje. Także jak robisz sobie wodę do picia czy posiłki, to w myślach podarować to najpierw jemu, a potem przyjąć to samemu. I tak ze wszystkim. Każdy z nas ma jakieś naturalne odczucie tego, czym jest Bóg, jako coś pozytywnego. I od tego można zacząć jego odkrywanie.

– Ciekawe.

– Żeby to szło z emocji.

– Tak, tak. To krok drugi na meetingu. Uwierzyliśmy, że siła większa od nas samych może przywrócić nam zdrowie psychiczne.

– No i super. Warto też się inspirować wiedzą, której celem nie jest nawracanie, tylko zwiększenie świadomości.

– O to to!

– Jak pójdziesz w tę stronę, to znajdziesz faceta z wyobraźnią. Bóg ma największą, więc facet w nim też daje radę.

– Olać mężczyzn. Ja tu siebie chcę odnaleźć całą. Chyba potrzeba mi kontaktów z ludźmi, którzy poszli w tę stronę.

– To najlepsza opcja. Nie skupiać się na facecie czy lasce, tylko na łasce.

– He, he, dobre. Dziękuję!

– Ostatnio przyjaciel mi podpowiedział: „W sztuce Aikido rzecz polega na tym, że energia atakującego trafia do niej/niego z powrotem”. Tak samo tutaj. Namiętność, którą obudziło w tobie BDSM, podaruj Bogu. On jest mistrzem Aikido, a ta namiętność to jest po prostu energia bez wstydu i poczucia winy. On to przyjmie, uwielbia emocje i oddanie, będzie twoim najlepszym mistrzem. Będzie cię wprowadzał w lepsze sytuacje życiowe niż mistrz z piwnicy. A posmak i spokój będą dawać spełnienie.

– Nie umiem tego zobaczyć poczuć. Jak przełożyć to na relację z Nim? Ale pewnie wymaga to czasu i pracy.

Jak ja lubię, gdy ktoś tak mówi. Nie odrzuca pomysłu relacji z Bogiem, tylko przyznaje się do tego, że tego po prostu nie czuje i jeszcze myśli o tym, że wymaga to wysiłku– jak w każdej relacji.

– Właśnie dlatego fajnie zacząć od podarowania mu jedzenia. Bo to będzie wpływać na myśli powoli. Bez pośpiechu.

– I to już brzmi przystępniej.

– Ty już jesteś OK dla Boga, pamiętaj.

– I się poryczałam.

No i fajnie. Zawsze chciałem napisać o tej relacji bhakti-jogi z BDSM. Uważam, że wszystko można widzieć przez pryzmat duchowości – każde ludzkie zachowanie, perwersję czy zboczenie. Nie po to, żeby je usprawiedliwiać czy pochwalać albo budować sobie podłoże do pobłażania, ale ku zrozumieniu. Świadomość ma to do siebie, że psuje te zabawy, które nie mają sensu dla jej rozwoju. Ale robi to z kreatywnym uśmiechem i szuka innych, które warte są naszego czasu.

Zabawne jest to, że cała ta pogawędka z koleżanką zaczęła się od mojego poczucia pustki i potrzeby relacji z drugim człowiekiem, nie z Bogiem. Ale kiedy się rozmawia z człowiekiem i pomyśli o Bogu, to takie rozmowy są super, podnoszą na duchu i budują naszą relację z Nim.

Dzielę się tą wymianą zdań i swoimi przemyśleniami nie z potrzeby ekshibicjonizmu, ale dlatego, że być może takie spojrzenie na BDSM pomoże niektórym oderwać się od nienasycenia, tak jak pomogło mi. A jak ktoś chce dalej szaleć, to miłość cierpliwa jest i naprawdę nie mam zamiaru nikogo obrazić.

Korekta: Marta Mandżak-Matusek