Kategorie
duchowość filozofia psychologia społeczeństwo

Narzekać czy nie narzekać?

Ten wpis jest urozmaiconym przekładem tego artykułu, którego dosłowny tytuł brzmi: Narzekać czy być wdzięcznym? Myślę jednak, że w naszym pięknym kraju Szekspirowska forma tego pytania jest bardziej niż na miejscu.

O ile artykułów o wdzięczności mamy już wszyscy po dziurki w dziobie, bo przecież wiemy, że fajnie byłoby być wdzięcznym, ale tego się nie produkuje na zamówienie, o tyle dobrze czasem wpuścić do głowy pewne historie, które równoważą naszą skłonność do narzekania.

Choose your destiny…

… graliście kiedyś w Mortal Kombat? To taka okropna gra z przed której moja mama zawsze mnie odciągała. Niemniej słowa choose your destiny, które tam padały, dają dobre tło do poniższej historii.

Zobaczcie co jeden Chińczyk zrobił w odpowiedzi na życiowe brutality, tzn. wyobraźcie sobie jakie decyzje wewnętrzne musiał podjąć, aby sprostać swojemu wyzwaniu.

Peng Shuilin

Peng Shuilin (ur. 1958) ma 78 cm wzrostu. W 1995 roku wpadł pod ciężarówkę, która przecięła jego ciało w pół. Jego dolnych kończyn nie dało się naprawić, ale chirurdzy zszyli jego tors. Shuilin spędził dwa lata w szpitalu w południowych Chinach, przechodząc serię operacji mających na celu usprawnienie niemal każdego z głównych organów wewnętrznych i systemów ciała.

Peng ćwiczył swoje ręce i nabierał sił, zaczął samodzielnie myć twarz i zęby. Lekarze byli zdumieni, gdy po dziesięciu latach ponownie nauczył się chodzić. Z racji jego niezwykle trudnej sytuacji, lekarze a Chińskim Centrum Badań i Rehabilitacji w Pekinie (China Rehabilitation Research Centre in Beijing) wpadli na pomysł jak sprawić, by mógł chodzić samodzielnie. Wymyślna obudowa w kształcie jaja łączyła jego ciało z dwoma sztucznymi nogami. Peng zaczął chodzić po korytarzach Centrum Rehabilitacji. Kiedy dokonał tej sztuki za pierwszym razem, wykrzyknął, “Och, jak cudownie jest znowu chodzić po dziesięciu latach z połową ciała!”. Wicedyrektor szpitala Lin Liu, powiedział: “Zrobiliśmy mu podstawowe badania. Jest zdrowszy niż większość mężczyzn w jego wieku”.

Pen Shuilin otworzył swój własny sklep gdzie prowadził wyprzedaże, pod nazwą: “Pół-człowieka Pół-ceny”, (Half Man – Half Price Store). Stał się inspirującym biznesmenem i daje przykład innym chorym po amputacji. Porusza się także na wózku inwalidzkim. Prowadzi wykłady na temat wychodzenia z kalectwa. Jego nastawienie do życia jest niezwykłe, nie narzeka. “Miał dobrą opiekę, ale sekretem jego zdrowia jest wesołość. Nic go nie dołuje”. Jego życie jest aktem wytrwałości, tryumfem pogody ducha nad skrajnymi przeciwnościami losu.

Ile masz przy sobie?

A teraz przypowieść, dzięki której ktoś być może poczuje się bogatszy:

Mędrzec chodził od wioski do wioski. Po drodze spotkał młodego mężczyznę, który wyglądał na przygnębionego. W przypływie współczucia zapytał go, “Skąd u ciebie ten ponury nastrój?”. Młodzieniec zaczął narzekać. “Jakiego ja mam pecha! Urodziłem się w biednej rodzinie, a moi rodzice umarli, gdy byłem jeszcze chłopcem. Nie odziedziczyłem żadnego majątku, nie mam nic. Mam dosyć życia i chcę się zabić. Nie widzę żadnej lampki w tunelu, jedynie cierpię”. Mędrzec wysłuchał go cierpliwie i powiedział, “Pójdź ze mną do następnej wioski, pomogę ci. Sprawię, że ktoś da ci tam dużo pieniędzy”.

Młody mężczyzna był zaskoczony i wątpił w słowa mędrca, ale pomyślał, że nie ma nic do stracenia. W następnej wiosce mędrzec wziął młodzieńca do bogatego kupca, który był jego uczniem, tak więc przyjął swojego nauczyciela z radością. Po postronnej rozmowie z kupcem, mędrzec powiedział przygnębionemu mężczyźnie, “Ten kupiec jest gotów zapłacić dwadzieścia pięć tysięcy złotych w zamian za parę twoich oczu”.

Mężczyzna był zaskoczony i nie wyraził zgody. “Nie chcę być ślepcem!”, “W porządku”, powiedział mędrzec, “Powiedział, że może też zapłacić dwadzieścia tysięcy za twoje ręce”.

W ten sposób mędrzec podawał cenę za każdą część ciała młodzieńca, chcąc pokazać mu jak wielką fortunę posiada, choć tego nie widzi.

… oto jest pytanie

No właśnie, mamy wybór?

Możemy narzekać z racji tego, czego nam brakuje, albo być wdzięcznymi i celebrować to, co mamy. Większość wybiera narzekanie.

Jak wiadomo, obecna sytuacja polityczna i pandemiczna pozostawia wiele do życzenia. Naszą jedyną nadzieją jest poczucie satysfakcji, którego być może doznamy w przyszłości, a ulgę daje nam tylko wspomnienie cudownej przeszłości. Ale tutaj ciekawostka: czy nie narzekaliśmy na swoje życie przed pandemią albo fatamorganowymi wyborami?

Z reguły narzekamy na wady tego co już mamy oraz na własną niemożność bądź nieumiejętność zdobycia czegoś lepszego. Przykładowo grubi chcieliby być schudnąć, a chudzi przybrać na wadze. Biedni być bogaci, a bogaci jeszcze bogatsi.

Kiedyś spytałem znajomego:
– Ile to jest dla ciebie tak w sam raz kasy?
– Jak kasy jest za dużo, to wtedy jest jej w sam raz.

Fokus na tym czego nie ma

Umysł bardziej skłania się do koncentracji nad tym, czego jeszcze nie posiada. Niewiele uwagi poświęca temu, co ma.

Bywa, że bierzemy coś za pewnik i nie zdajemy sobie sprawy z wartości czegoś, dopóki tego nie stracimy.

Możemy narzekać nawet na to, że ktoś wypisuje nam takie banały… Ale czy pomyśleliście kiedyś o tym, jakby to było żyć w świecie, w którym nikt nie mówiłby prawdy?

Czas na analogie! Ryba nie zdaje sobie sprawy z wartości swojego jeziora, dopóki jej z niego nie wyciągną. Rzadko myślimy o wartości zęba, dopóki nam nie wypadnie. Nasze zdrowie nie otrzymuje zbyt wiele uwagi, dopóki nie jest zagrożone chorobą.

Dlaczego ja muszę żyć?

Mamy ludzką formę życia, olbrzymi dar, na który, umówmy się, też nie zwracamy na codzień uwagi. Marzymy czasem nawet jakby to było zamienić się w mysz albo rybę, pomimo tego że byle kot mógłby nas rozszarpać, albo zjadłaby nas większa ryba. Zwierzęta te nie mogą wnieść o taki atak skargi do sądu albo zadzwonić na policję.

Swoje podstawowe prawa obywatelskie też z reguły bierzemy za pewnik, rzadko myśląc o nich jako o bardzo rzadkich i wartościowych.

Możemy chodzić na dwóch nogach, używać rąk w dowolny sposób, komunikować szczegółowo nasze myśli i uczucia. Wyobraźcie sobie, żeby nam to zabrali? Byłoby to co najmniej kłopotliwe.

Mając ciało człowieka możemy zdobyć o wiele więcej niż majątek. Możemy chwycić za nogi samego Boga, który posiada wszelkie bogactwo.

Jeden z wielbicieli powiedział kiedyś do swoich przyjaciół:

Ciało człowieka jest tymczasowe, ale może nam dać ponadczasową korzyść, gdyż za jego pomocą możemy osiągnąć miłość Boga.

Prahlada

Nasze ciało jest zatem bardzo wyjątkowe, jest czymś rzadkim. Wcale nie jest czymś zwyczajnym, aby tymczasowy przedmiot mógł dać jakąś korzyść na zawsze!

Mimo to większość z nas używa swojego życia wyłącznie po to, aby zdobyć to, co chwilowe i ulotne, pomimo, że prowadzi to bezbłędnie do frustracji i cierpienia.

Często nawet ci, którzy rozumieją duchowy potencjał ludzkiego życia, uparcie trwają w układach karmiących zawiść, zazdrość, gniew i przywiązanie do materii. Marnują swój czas krytykując innych, rozpamiętują zaszłości, chełpią się poślednimi osiągnięciami albo narzekają na coś lub na kogoś.

Nie chcą (lub nie mogą z racji niechęci do porzucenia swoich przywiązań) docenić w pełni rzadkiej możliwości, którą otrzymali. Można powiedzieć, że są jeszcze bardziej nieszczęśliwi od tych, którzy nie mają pojęcia o ludzkim potencjale duchowym (lub kategorycznie go odrzucają). To tak, jakby mieli w swoim domu wspaniałego gościa, a wciąż zajęci byli banalną codziennością, np. oglądaniem telewizji czy skrolowaniem smartfona.

Im więcej ciebie tym mniej…

Istnieje ogólna zasada, która mówi, że jeśli docenimy to, co mamy, dostaniemy więcej – i odwrotnie, jeśli będziemy narzekać, stracimy nawet to, co mamy.

Wyobraźcie sobie wielbicieli Kryszny, którzy przyjeżdżają na Świętą Ziemię Wrindawany i dostępują niecodziennego szczęścia, by móc służyć swojemu nauczycielowi i innym mędrcom. Jednak zamiast docenić taką możliwość, bardziej zwracają uwagę na brak komfortu w aszramie, gdzie nocują.

Dalej, ci wybredni pielgrzymi rozmawiają z niesmakiem o zaśmieconej okolicy. Coś im nie w smak także jeśli chodzi o lokalne jedzenie, pogodę i w ogóle ludzi.

Wkrótce muszą wyjechać i stracą możliwość bezpośredniej posługi. Jednak najpierw wolą stracić głowę dla spraw związanych z materią, odpowiednio filtrując ją przez własne, niepodważalne gusta.

Oczywiście, cokolwiek dobrego uczynili w czasie swojej obecności nie pójdzie na marne, ale z powodu swoich narzekań i poszukiwań dziury w całym, ich rozwój duchowy zostanie zwyczajnie spowolniony.

… bardziej to czuję niż wiem

W swojej modlitwie do Kryszny, Brahma mówi:

tat te ’nukampāṁ su-samīkṣamāṇo
bhuñjāna evātma-kṛtaṁ vipākam
hṛd-vāg-vapurbhir vidadhan namas te
jīveta yo mukti-pade sa dāya-bhāk

Niech nasze życie na tym świecie będzie pokłonem wobec Twojej osoby. Abyśmy zauważali Twą łaskę we wszystkim, co nas otacza, nawet jeśli doświadczamy teraz trudów związanych [przecież] z rezultatami naszych przeszłych działań. Żyjąc w ten sposób dostąpimy Twych stóp, o dawco wyzwolenia!

Brahma, Śrimad Bhagavatam 10.14.8

Świetna dewiza! Nie jest tylko głupim wyobrażeniem, że możemy w tym życiu doświadczyć łaski Boga. Jest to cudowny fakt, choć często nie zwracamy na niego uwagi albo odnosimy się do niego z ironią.

Nawet coś takiego jak oddychanie, które jest niezbędne dla naszego przetrwania, dzieje się za sprawą łaski. Gdybyśmy musieli podejmować świadomy wysiłek by oddychać, zagarnęłoby to całą naszą uwagę i ciężko byłoby nam robić cokolwiek innego. Nie moglibyśmy spać!

Wielbiciel Boga jest poza oddziaływaniem czasu i karmy. To dość skomplikowana kwestia, którą być może zajmę się przy innym artykule. Niemniej jednak każda sytuacja, pozornie korzystna czy nie, nie jest już dla wielbiciela rezultatem jego karmy, lecz odsłaniana jest przed nim przez samego Boga dla jego prawdziwej korzyści. Żeby jednak mieć taką perspektywę na życie, trzeba się Bogu zupełnie poddać.

Tato! Tato!

Bóg jest jak współczujący ojciec, który może czasem nakłonić swoje małe dziecko do wypicia gorzkiego lekarstwa. Dziecku może się to nie podobać, ale intencją ojca nie jest znęcanie się nad nim. Zależy mu na tym, aby jego dziecko wróciło do zdrowia. Najczęściej oczywiście robi to mama. I Bogu nie przeszkadza jeśli nazywa się go kobietą (bo nie ma płci).

Podobnie i my jesteśmy w chorobie, która nazywa się uwarunkowaniem materialnym. Bóg stawia nas w trudnej sytuacji, aby pomóc nam wyzdrowieć, czyli oczyścić nasze serca. Jest to jego łaska w akcji i nie powinniśmy na nią narzekać.

Być może trudno nam docenić ciężką sytuację, gdy na nas spada, ale po jakimś czasie dochodzimy do wniosku, że było to coś najlepszego, co mogło nam się przydarzyć.

Tak więc następnym razem, kiedy będziemy mieli ochotę ponarzekać w jakieś banalnej sprawie, nie róbmy tego. Przypomijmy sobie historię Penga Shuilina.

Większość z nas ma całe ciało i nogi, na których może samodzielnie chodzić. Niektórzy z nas są również na ścieżce duchowej, co jest bardzo rzadkim zjawiskiem. Tak więc nie narzekajmy.

Zróbmy miejsce na pogodę ducha. Bądźmy wdzięczni za to, co dał nam Bóg z racji swojej bezprzyczynowej łaski. Dojrzyjmy tę łaskę we wszystkim co nas otacza. Dzięki takiemu nastawieniu dostaniemy jej jeszcze więcej.

Kategorie
duchowość psychologia retoryka społeczeństwo

Aborcja, gdzie jesteśmy?

Podzielę się swoim poglądem na temat aborcji. Myślę o tym od paru tygodni, odkąd przeczytałem program wyborczy jednego z kandydatów na prezydenta RP, a teraz dodatkowo jest to temat bieżący. Piszę o tym, bo chcę oddać swój głos w tej sprawie i piszę do ludzi, którzy interesują się wymianą poglądów i nie przeraża ich zbyt długa wypowiedź. TLDR? GBYE.

Według mnie człowiek powinien mieć prawo do samobójstwa oraz do zabicia życia w sobie, pod warunkiem, że nie zagraża to bezpośrednio życiu innych, czyli tych poza jego ciałem. Nie oceniam czy to słuszne, bo moim zdaniem taka ocena jest indywidualną sprawą podmiotu, który to powinien mieć możliwość legalnego i świadomego działania w kierunku śmierci własnej. Podkreślę tutaj, świadomego nie w sensie duchowym (bo po pierwsze być może to nie jego bajka, a po drugie to niemożliwe), tylko w sensie społecznym. Aby mógł o swoim dylemacie życia i śmierci jawnie porozmawiać z lekarzem lub terapeutą państwowym. I wtedy, po odpowiednich konsultacjach, po pewnej przyjaznej procedurze, mógł zadecydować sam. Według swojego sumienia oraz systemu wartości lub jednego i drugiego albo żadnego z nich. I żeby każda z jego decyzji odebrana była z szacunkiem.

Ktoś może stwierdzić, że nie mam swojego zdania, bo nie opowiadam się za słusznością lub niesłusznością decyzji o śmierci własnej lub człowieka, którego noszę w sobie. Odpowiem na to tak: obecnie uważam, że gdybym zdecydował się na odebranie sobie życia w tej chwili, to mój wybór byłby niesłuszny. Niespójny ze mną. Nie mój. A to jest moje życie. To ja je przeżywam i to ja oddaję je komu chcę lub zatrzymuję je dla siebie. Bez możliwości tego wyboru jestem dzieckiem albo niewolnikiem. A żeby w państwie były osoby legalnie dorosłe to muszą mieć do takiego wyboru niezbywalne prawo. I owszem, ja mogę być czyimś niewolnikiem, ale z własnego wyboru.

Mamy teraz sytuację trudną. Jedna strona podchodzi do przerwania życia dziecka we wczesnej jego fazie jak do czegoś, czego warunki da się ustalić, druga porównuje ten zabieg do odsysania ludzi wielkim odkurzaczem. Zatrzymajmy się w tym miejscu. Z pewnością czym innym jest dla matki poronienie, a czym innym śmierć jej dziesięcioletniego dziecka. Tak samo, choć w obu przypadkach jest to według mnie śmierć człowieka, to jeśli jest to działanie z premedytacją, to w pierwszym przypadku moglibyśmy mówić o legalnym zabiciu dziecka we własnym brzuchu, a w drugim o karalnym zabójstwie dziecka. Te kwestie da się rozróżnić. A to, czy uznamy je w świetle prawa za tożsame, wywołuje mocne reakcje społeczne.

Uważam, że rządzący powinni swoim przykładem zachęcać ludzi do życia i tworzyć im ku temu warunki, a przynajmniej nie przeszkadzać im tych warunków tworzyć, zamiast nakazywać im żyć pod groźbą kary i wstydu. Duchowni z kolei, zamiast wyznaczać ramy zachowania, mogliby zająć się poszerzaniem kontekstu życia i przewodnictwa w doświadczaniu spraw ponadprzyczynowych, boskich, świadomościowych, z których to zachowanie ludzkie wypływa. Ich rolą jest pomagać nam w dostrzeganiu celu naszej emocjonalności. Bo niezależnie od kodeksu, świeckiego czy wyznaniowego, bez tego zrozumienia ludzie nie przestaną zabijać samych siebie, swoich dzieci, braci, sióstr, ani też nie zaczną pragnąć posiadania dzieci, jeśli nie leży to w ich naturze. I tej edukacji, na temat natury oraz wyrozumiałości wobec jej o g r o m n e j różnorodności, nam potrzeba. A wymagać od kogoś, bez jego przyzwolenia, aby działał wbrew swojej naturze, naturalnie spotka się z niezgodną, niezadowoleniem i buntem.

Wymagać dziś od społeczeństwa polskiego, aby było zgodne w sprawie aborcji, to utopia. Dlaczego? Przychodzi mi na myśl porównanie, że to jakbyśmy dyskutowali w lesie o drzewach, o czymś wysokim, stąpając po ściółce etyki świeckiej, zapominając, że gleba lasu wcale nie jest neutralna. Przenika ją bowiem pewnego rodzaju grzybnia, sieć bezkompromisowej kultury, i to ona wpływa na tułających się po lesie rozmówców jak rzutujący na wizję zapach. Czy tę wizję przyćmiewa czy wyostrza, to zależy. Ludzie mają różne poglądy, dlatego/bo z reguły obracają się w kręgach osób o całkiem podobnych. Jeden krąg może aprobować aborcję, drugi nie. W porządku. Ale po co od razu wartości jednego kręgu narzucać drugiemu? Czy robimy to dla dobra ludzkości? Dla Polski? Dla pewnego porządku? Dla istoty wyższej? Dla własnego poczucia bezpieczeństwa? Każdy prawdopodobnie z innego powodu.

Państwa świeckie mają swoje problemy. Państwa wyznaniowe swoje. A my, Polacy, mamy i jedne i drugie, a do tego własne. Rozumiem, że rozmowa o ustawie w sprawie aborcji była zaplanowana wcześniej i że akurat wypadło ją omawiać. Ale skoro mamy wirusa, to wypadałoby powiedzieć w sejmie, że nie jest to odpowiedni czas na rozstrzyganie tej kwestii. Zwłaszcza nasi męscy posłowie z dużym wąsem mogliby się zdobyć tutaj na wyczucie i przypomnieć sobie o tym, że duża liczba dzieci czeka na adopcję.

Tajemnicą nie jest, że mam ciało mężczyzny. Nie przyjdzie mi w nim rozstrzygać swoistego dylematu aborcji. Gdyby jednak jakaś kobieta zapytała mnie co ma zrobić, to zapytałbym ją, a co, człowieku, podpowiada ci serce? Co mówi rozum? I jak masz zamiar to w sobie pogodzić? Jak się czujesz z wyobrażeniem konsekwencji decyzji, którą podejmiesz? Rozmawiałbym z nią i nie podejmował za nią nie należącej do mnie decyzji. Aż narzuca się pytanie, dlaczego taka postawa nie jest oczywista? Jednak próba odpowiedzi na nie ponownie zabiera nas do wcześniej wspomnianego lasu. Oglądamy drzewa, myślimy narracją, poezją, rozmawiamy językiem pięknym, godnym, pełnym poszanowania, aż tu grzybnia wysyła sygnał. Korony drzew zakrywają nieboskłon i robi się chłodno, sztywno, zasadniczo, twardo. I echem znikąd odbija się jedynie słuszna odpowiedź. A przecież to zbyt osobiste, to odpowiedzialność kobiety, bo to ona będzie z tą decyzją żyć. Ciężar psychiczny jej decyzji będzie nosić w sobie, nie we mnie. To jest ta sama kobieta, z której znowu staramy się zrobić dziewczynkę-maszynkę do rodzenia dzieci. Kiedyś nie mogła pójść sobie na studia, zagłosować, a kiedyś nawet zbierać ziół i rozmawiać z drzewami, raczej miała miejsce w domu lub na stosie. Być może któregoś dnia, bez właściwej temu ustawy, nie będzie mogła nosić makijażu, zbyt kusej sukienki, ani podrapać się między piersiami.

Wyobraźnia mną rzuca. Rzeczywistość jest taka, że żadna kobieta mnie o takie rzeczy nie pyta. Nie mam też swojego programu wyborczego ani kochanki w niechcianej ciąży. Myślę, że jedynym przypadkiem, w którym namawiałbym kobietę całym sobą do odstąpienia od aborcji, byłby ten, w której jej ciąża miałaby związek ze mną. Chcę przez to powiedzieć, że nie dziwię się zdenerwowaniu kobiet. Bo gdyby rząd pełen nie wzbudzających zaufania kobiet miał po nocach obradować w sprawie moich jąder, które pod groźbą kary i wstydu musiałyby we współpracy z moim penisem koniecznie kogoś zapłodnić, to wyraziłbym sprzeciw. Krzyczałbym, darł się, gryzł, bił i kopał. A to, że kobiety jeszcze tego nie robią, należy uznać za oznakę ich niezwykłej cierpliwości i wyrozumiałości. Tym bardziej w czasach (sic!), gdy nie mogą legalnie wyjść na spacer (do lasu).

Weźmy sytuację skrajną, w której uboga nieletnia z autorytarnej rodziny zachodzi w ciążę w wyniku przemocy, a jej nadchodzące dziecko, co przewidywane jest z badań prenatalnych, będzie niesamodzielne do końca swoich dni (i tu uwaga, znam wyjątki, gdzie takie dzieci i ich matki zaskoczyły wszystkich!). Ale pytam się, co w takim przypadku? Jeśli taka kobieta nie może prawnie dokonać aborcji (czyli tak, zabić dziecka przed jego narodzinami), to prawo powinno jej zapewnić godne życie, czyż nie? I to nie godne w sensie egzystencjalnym, błogich śpiewów nad jej łożem, tylko w sensie materialnym. Dom, pieniądze, rozwój, pomoc do opieki nad dzieckiem. Jeśli już naprawdę nie pytamy jej, czego ona chce, to zapytajmy siebie, czego w takim razie chcemy od niej? Żeby rodziła, płakała i żyła wbrew sobie do końca życia (bo z pewnością nie pozwolimy jej też umrzeć)? Czy będziemy oczekiwać, że przekroczy samą siebie, usiądzie w medytacji z koralikami lub bez i zaufa czemuś większemu? Czy uznamy, że skoro ktoś jej wrzucił tabletkę odurzającą i zapłodnił bez jej zgody, to z pewnością dała mu ku temu niesmaczny powód? I niech teraz wypije piwa, które sobie nawarzyła. Szczwana bestia. Kusicielka. Szatan w przebraniu, Mefistofeles. Takiej należy się słuszna kara. Oto, niestety, przykre oblicze władzy. I kontroli. Podboje natury.

Wyobrażam sobie Polskę, w której kobieta idzie do ginekologa w sprawie którą omawiamy i chce z nim porozmawiać, a on lub ona ją przyjmują. Przyjmują, zauważcie, to bardzo bogate w znaczenie słowo. Rozmawiają z nią kształcąco o konsekwencjach przerwania ciąży, o jej sytuacji materialnej i zdrowotnej (w tym psychicznej), oraz o tym jak zaszła w ciążę. Mogą spytać nawet też kim jest mężczyzna. Dlaczego? Aby rozwiać tabu, pod którym ukryte mogą być powodujące jej dylemat emocje. Taki profesjonalista postrzega wtedy własną moralność jako drugorzędną w stosunku do swojej rozmówczyni. Kieruje nim ludzka troska nie tylko o kiełkujące w jej łonie życie, ale też o nią samą. Oczywiście, że szuka wyjścia, aby oba stworzenia mogły żyć i mieć się dobrze. Myśli o jej rodzinie i o tym, by rozmowa nie przebiegała pospiesznie, chłodno i bezosobowo, a do tego w atmosferze wyższości wiedzącego nad niewiedzącym. Żeby tak jak ziemia, która przyjmuje cokolwiek się w niej zasadzi, (a wiem o tym, bo na wiosnę robiłem ogródek), tak żeby tę kobietę brzemienną na rozstaju dróg przyjąć i ufać, że ona znajdzie swoją odpowiedź. Nie dobrą, nie złą, ale własną. Niech dadzą jej się pomylić, a nuż ma rację. Ale niestety, to odległa Polska. Przykro mi.

Nie składam broni, dla mnie jest nią słowo. I nie jest mi przykro w tym sensie, że siedzę i płaczę, ale też nie powiem, że nie czuję nic. Po prostu szkoda, że krajem rządzi nie mądrość w parze z doświadczeniem, ale frywolność nietykalnych. Co ciekawie, istnieje kultura, w której klasa ludzi nietykalnych nie zajmowała się rządzeniem, ale wręcz przeciwnie. A u nas, w nowoczesnym świecie, gdzie klasowość jest niepożądana (co nie przeszkadza nam w tworzeniu klas opartych o majątek), dokonaliśmy takiego demokratycznego wyboru, że rządzą nami właśnie nietykalni. Ludzie o charakterze, którym do oczyszczania serc potrzebna jest taka praca, której nikt o mocnym węchu nie chciałby wykonywać. I co bardziej odpychające, chcą dotknąć obszarów, które wymagają przed ich dłońmi wyłącznie ochrony. Tylko chronić tych miejsc nie ma powoli komu, bo oni stali się silniejsi od tych, którzy ich wybrali. Mają wszystkie służby pod sobą. Wojsko. Policję. Telewizję i sądy. Edukację i pieniądze. Do pełnej imprezy brakuje im tylko zawłaszczonych, niesłusznie wolnych i decydujących o sobie kobiet.

Drogie panie, jeśli można was o coś prosić, to zachowajcie na tyle spokoju, żeby zbędna frustracja was nie wyczerpała. Nie mówię przez to, abyście nie podejmowały rozsądnych i zdecydowanych działań. Rozmawiać należy, czasem nawet głośno. Słyszę niektóre z was i po prawdzie niewiele mogę zrobić. Czuję się w pewnym sensie bezsilny. Nie jestem politykiem, bandytą, ani bogaczem. Mogę dać wam tylko tych kilka zdań, aby zrównoważyć to w jaki sposób korzysta się dzisiaj w wątpliwych elitach ze słowa. Ale co więcej? Wiarę? Nadzieję? Zrozumienie? Piszę to, co piszę, bo czuję, że to moja odpowiedzialność, za którą chętnie ponoszę konsekwencje. Aprobata, niezgoda, proszę bardzo. Moje stanowisko może się diametralnie różnić od stanowiska odbiorcy. Może chcieć mnie nawet obrazić, wyśmiać, uwięzić, torturować. Zrobić mi wszystko, czego we własnych snach boję się najbardziej (i on lub ona zapewne też). Ale co z tego? Czy to coś zmieni? Czy ukrywając swoje zdanie tworzymy świat, w którym chcielibyśmy żyć?

Chcę wam powiedzieć o jeszcze jednej istotnej rzeczy. Otóż przemoc często wynosi się z domu. Brak rozmów, brak zaufania, brak spokoju. Brak zrozumienia do tego co się czuje, brak kontemplacji, przestrzeni. Docenienia, zauważenia. Brak otwartości na to, że bliscy mogą wzbudzać w nas zarówno zachwyt jak i obrzydzenie oraz wszystko pomiędzy. I że to nie musi być powód do zerwania kontaktu i obrażania się nawzajem. Paradoks psychiki polega na tym, że z domu czasem wynosi się ciężką atmosferę, którą potem, w dorosłym życiu, niestety chce się odtwarzać. Tworzyć warunki do zaistnienia podobnych tragedii. Bo ta atmosfera przypomina nam dom, za którym pomimo bólu tęsknimy. Bo tam czegoś nie dostaliśmy i bardzo byśmy chcieli to dostać. Proszę was, nie dajcie się temu domowi zwieść. Jego trzeba spalić. Stwarzajcie, na ile możecie, wokół siebie dom inny. Dom bliski, dom ciepły. Dom szczery. Nie dom dobry czy dom zły, a przy tym sztuczny. Ale prawdziwy. I to nie musi być od razu dom z betonowych ani glinianych ścian, wystarczą ściany własnej skóry i kości. A mówię o tym, bo temat aborcji bardzo dotyczy domu. Bo z tego domu w kształcie brzuszka każdy z nas pochodzi.

Kategorie
partnerstwo psychologia

Kwarantanna

Fajny tekst koleżanki z klasy, który tłumaczę prosto dla was. Wiem, że dużo jest podobnych wspomagaczy i czasem aż przesyt, ale ten jest taki jakiś ludzki. A że przemoc domowa przybiera na sile, to nawet jak jednej osobie polepszy dzień to warto. Przyjemnej lektury 

Dlaczego po prostu nie możemy się dogadać? Czyli jak przeżyć razem podczas kwarantanny.

Okej, mamy kwarantannę. Pod jednym dachem z bliskimi, ach, jak cudownie. Marzenia się spełniają. Miesiącami czekaliśmy, by pojechać razem na długie wakacje i oddać się spędzaniu wszystkich dni z ukochanymi. Teraz od tygodni żyjemy w zamknięciu i wygląda na to, że ten magiczny czas będzie trwał jeszcze długo, długo. Mmm, spędzać razem każdy dzień to jak ponownie się zakochać. Co za błogosławieństwo! Każdy dzień lepszy od poprzedniego. Dostrzegamy w bliskich dar od Boga, specjalny prezent dla nas. Wspaniały czas wzmożonej intymności. Dopiero teraz zauważamy piękne acz subtelne cechy naszych bliskich, te, których wcześniej nie byliśmy w stanie dostrzec. Owe trofea wypełniają nas dziką rozkoszą. Umiłowany każdy dzień spędzony razem – żyjemy nadzieją, że ten ekstatyczny czas nigdy się dobiegnie końca.

Czy tak się czujecie? Ta, jasne! Ale w porządku, jeśli jesteście jednymi z tych szczęściarzy, którzy rzeczywiście się tak czują, to wspaniale. Fajnie, że tak przyjemnie doświadczacie kwarantanny, cieszę się. Ale mówiąc szczerze jeszcze od nikogo nie słyszałam, żeby tak o tym opowiadał.

Krótko mówiąc, dużo osób ma doła. Czujemy się zaniepokojeni, zblokowani, ograniczeni, stłamszeni, sfrustrowani, a nawet przerażeni. Niektórzy chodzą wściekli i podminowani, inni są przytłoczeni. Wiele osób doświadcza izolacji i niepewności z racji różnych spraw, np. pracy. Życie w domu z bliskimi okazuje się nieraz chaotyczne, nerwowe, zwariowane, a czasem po prostu dołujące. Deprecha.

Pod koniec dnia często zastanawiamy się, “jak ja to wszystko przeżyję? Mam tego po prostu dosyć. Dlaczego on mi nie pomaga? Dlaczego ona ciągle mnie krytykuje? Dlaczego nie przestanie zrzędzić? Dlaczego jest takim egoistą? Dlaczego mnie nie rozumie? Cholera jasna, co z nim jest nie tak? Dlaczego ona w ogóle mnie nie słucha? Dlaczego on jest taki uparty? Czemu ona musi wszystko kontrolować? Czy on zawsze był takim gnojem?”.

Po nawałnicy podobnych pytań, szukamy lepszego świata online. Albo otwieramy zimne piwko, wypijamy szklaneczkę whiskey i czystej. Może dwie, może trzy. Kogo to obchodzi? Cokolwiek, byle się odstresować. Do tego dorzućmy jeszcze serniczek na podwójnym karmelu, pudełko lodów z ciasteczkami i żeby podbić szampański nastrój, kilka Delicji w czekoladzie. Jak nie ma słodyczy w związku, to zawsze znajdzie się w jedzeniu.

Słuchajcie, co sprawia, że związki są takie trudne? Niby wszyscy chcemy miłości, ale jakoś nie możemy znaleźć jej u najbliższych. Gdzie jej szukać?

Powiem wam na czym polega problem. Chodzi o to, że nie przeznaczamy czasu na rzeczywiste zainteresowanie się drugą osobą. Tak, żeby starać się ją zrozumieć. Z reguły jesteśmy zaabsorbowani własnymi zmartwieniami, myślami, uczuciami i potrzebami, i to do tego stopnia, że zapominamy o innych istotach żyjących. Oni też mają swoje potrzeby i uczucia, i to często bardzo różne od naszych. Na nich też oddziałuje to, co mówimy i robimy oraz to czego nie robimy i nie mówimy. A we wzmożonym stresie stajemy się jeszcze bardziej skupieni na sobie. I właśnie to sprawia, że życie razem w zamknięciu dystansuje nas od siebie jeszcze bardziej.

Aby wyjść z potrzasku, musimy zorientować się na drugą osobę. Oczywiście nie aż tak, aby stać się od niej zależnymi i zapomnieć o swoich uczuciach i potrzebach, tylko żeby sprawić jej przyjemność. Wtedy wiemy co się dzieje. Po jakimś czasie drepcemy urażeni, bo oni nie odwdzięczyli się nam tym samym. Uważamy że nas nie kochają i nie doceniają. Tak więc nie, nie o to mi chodzi.

Kiedy mówię o zorientowaniu się na innych to rozumiem przez to, że kierujemy swoją wrażliwość i zdolność do współodczuwania wobec nich. Zamiast przesadnie się skupiać na swoich zmartwieniach, wystarczy żebyśmy przez dziesięć minut całkowicie skupili się na drugiej osobie. Usiedli z nimi i zapytali jak się mają? Nie zwlekając z tym bez końca. Zapytajcie ich teraz. Jak się czują w całej tej sytuacji? Czego potrzebują? Może przydałby im się mały masaż pleców, jakaś redukcja napięcia. Może pragną by zrobić im kubek gorącej mięty? Może podzielą się z wami swoimi niepokojami, być może takimi, o których sami nie wiecie, bo poruszacie się wyłącznie w obrębie własnych?

Zapytajcie ich co jest dla nich najtrudniejszą częścią życia w kwarantannie. Co ich najbardziej wkurza (być może wy)? Pytajcie tak, jakbyście zakochiwali się w nich raz jeszcze. Bądźcie zaciekawieni. Odkrywajcie ich myśli i uczucia. Zadawajcie trafne pytania i bądźcie dobrymi słuchaczami. Odłóżcie na bok telefon, patrzcie na nich i tylko na nich. Kiedy mówią, nie przejmujcie kontroli nad rozmową, wtrącając swoją część doświadczeń. Po prostu słuchajcie. Patrzcie im w oczy. Poczujcie mowę ich ciała. Podarujcie im całkowitą uwagę. Spróbujcie zobaczyć w ich rysach twarzy tę słodycz, której wcześniej nie dostrzegaliście. Ona tam jest. Zobaczcie, czy możecie ją odszukać, niezależnie od tego jak długo już ich znacie. Które oko mają większe? Lewe czy prawe? Czytanie twarzy może wam wiele powiedzieć o tym, co dzieje się we wnętrzu drugiej osoby. Zwracajcie na nich baczną, miękką, uwagę. Badajcie ich mimikę, uczcie się ich odczuć. Dajcie im całe swoje serce. Pozwólcie, aby ich emocje poruszyły wasze. A dla tych z was, którzy są na kwarantannie sami, skorzystajcie z technologii. Możecie zrobić z kimś wideorozmowę.

Trik polega na tym, aby nie oczekiwać niczego w zamian. Nie oczekujcie, że teraz oni zrobią (lub powinni zrobić) coś podobnego dla was. Że teraz ich kolej by uważnie was słuchać i zadbać o wasze uczucia i potrzeby. Po prostu zrezygnujcie z tej części. Dajcie spokój swoim oczekiwaniom. Jeśli zrobicie to właściwie i wysłuchacie ich z pełnym oddaniem, to samo to sprawi, że poczujecie się usatysfakcjonowani i nie będziecie potrzebowali, aby wam się odwdzięczyli.

Ten banalny akt uważnego słuchania i dbałości o drugą osobę może zmienić całą dynamikę związku oraz waszego doświadczenia kwarantanny. W miłości to w dawaniu, a nie braniu, czujemy się szczęśliwi. Spróbujcie, kochani. Być może zaskoczycie samych siebie.

Źródło: https://www.jessicarichmondtherapist.com/…/why-can-t-we-all…

Kategorie
Bez kategorii duchowość filozofia psychologia

Poklask w sanskrycie

Wybrałem ten artykuł, bo dotyczy czegoś, do czego miewam słabość. I myślę, że nie tylko ja…

… a chodzi tu o sławę i rozgłos. I żebyśmy mieli jasność, nie jest to wyłącznie parcie na szkło. Potrzeba rozgłosu jest czymś subtelnym i dotyczy czegoś więcej niż jawnej ochoty bycia w centrum uwagi. Wiąże się np. z dążeniem do posiadania racji, do bycia aprobowanym i podziwianym, do bycia kimś w towarzystwie. Chodzi też o lajki, o komentarze, o odzew, followersów, o potwierdzenie, że jesteśmy nie tylko okej, ale bardzo okej.

To wszystko, gdy napisać o tym jawnie, rzadko kiedy obudzi w kimś myśl: o, to ma coś ze mną wspólnego. Raczej gardzimy taką postawą i trudno przyznać, że mamy takie chwile w swoim życiu, gdzie potrzebujemy uwagi i kiwania głów innych.

Wybrałem ten artykuł również dlatego, że jest absolutnie bezkompromisowy. To w jaki sposób podchodzi do poklasku jest… godne oklasków. Tak więc zapraszam na kolejny kawałek sekciarskiego chlebka. Zapoznajmy się ze słowem: pratiṣṭhā.

Pięknie pachniesz, co to?

Pratiṣṭhā w sanskrycie oznacza sławę, chwałę i rozgłos itp. i wszyscy czasami mamy na nią smaka. Pracujemy wtedy by ją zdobyć i jesteśmy zadowoleni, gdy ją otrzymujemy. Dla niektórych jest to nawet popęd wiodący. Ludzie nim obdarzeni zdolni są poświęcić swoje życie dla sławy własnej, czy choćby swojej rodziny, kraju albo ulubionej drużyny sportowej.

Hare, hare! Patrzcie na nas!
Kryszna górą, heja!
Kategorie
duchowość filozofia partnerstwo psychologia

Powód samotności

W ostatnim wpisie mówiłem o tym czym jest dla mnie bhakti-joga. Zanim któregoś razu opublikuję czym ona jest podręcznikowo, weźmy praktyczną bolączkę na którą daje ona ciekawą perspektywę. Temat samotności.

Przetłumaczę teraz artykuł ze strony jiva.org. Pisze tam mój nauczyciel i wybieram takie, które mnie na dany moment ciekawią. Nie będę ich tłumaczył bez własnego komentarza, bo jest tam sporo terminów, które trzeba wyjaśnić.

Pierwszy tekst dotyczy samotności. Ostatnio mam z nią więcej do czynienia więc mnie zainteresował. Nie jest to doświadczenie wyłącznie przykre. Chociaż czym innym jest bycie samemu, a czym innym samotność. W tym artykule samotność rozumiana jest raczej jako coś niechcianego czy też właśnie przykrego. I chyba z reguły tak się o niej mówi.

Tożsamość duszy

Zaczynamy z grubej rury. Słowa dusza będę tutaj używał do określenia tego, co w sanskrycie nazywa się ātmā. Być może nie jest to najlepsze tłumaczenie, ponieważ ma sporo naleciałości kulturowych. Wolę jednak to niedoskonałe słowo niż tekst przesiąknięty enigmatycznym sanskrytem. Powiem tylko jaka jest podstawowa różnica pomiędzy duszą a ātmą. Otóż dusza w rozumieniu chrześcijańskim ma swój początek, bo tworzy ją Bóg i to w momencie zaistnienia ciała w wyniku miłości rodziców. Jeśli chodzi o wedantę, dusza jest czymś co jest równie stare/młode co Bóg i przechodzi z ciała do ciała. Tak więc ātmā nie została przez Niego stworzona, ale jest częścią jednej z Jego trzech energii – energii pośredniej.

By the way, na samym dole artykułu będzie słowniczek terminów sanskryckich, których tutaj występują.

Mówiąc krótko o energiach Boga, wyróżniamy:
– Wewnętrzną, intymną. Dzięki niej przejawia się łaska.
– Pośrednią, to właśnie my, hurra, niezliczone wieczne dusze.
– Zewnętrzną, tak zwany matrix lub w sanskrycie maja. Energia materialna, natura od namacalnej po atomy, kwarki, struny i wibracje.

No więc prawdziwą tożsamością duszy jest to, że jest ona częścią pośredniej energii Kryszny. Tutaj od razu wtrącę słów kilka.

Kategorie
duchowość partnerstwo psychologia

Duchowość i BDSM, co je łączy?

Temat seksu i duchowości zawsze jest gorący. To jak placki babci i piersi kochanki, coś co dawałoby do myślenia gdyby nie fakt, że ciężko się przed nimi opanować i zaobserwować jakąś ciekawszą myśl. To z perspektywy faceta.

Ostatnio moja koleżanka mówiła mi o tym, jak bardzo tęskni za swoim byłym, który był ponoć niezły w tzw. BDSM czyli “bondage, domination, sado-maso”. Jednym hiszpańskim słowem, atame!, a po polsku… weź mnie wychłostaj!

Zaczęło się od tego, że sam niedawno rozstałem się z dziewczyną. Siedziałem w pracy i jakoś nachodziły mnie myśli, że z kimś bym pogadał o uczuciach, a nie bardzo chciałem zaczynać temat wśród inżynierów i to jeszcze w nowej firmie.

– Wczoraj się wyprowadziłem – napisałem. – Było grubo. Brzuch mi jęczał, ale przeżyłem.
– A ona była? – spytała koleżanka.
– Nie. Spakowałem się z kumplem, potem mój brat jeszcze pomógł mi przewieźć rzeczy.
– To dobrze. A teraz co, ulga?
– Rano spokój, ale w robocie jakiś trochę rozbity jestem. Właśnie sobie zaparzyłem podwójną melisę i postanowiłem popisać z kimś doświadczonym.

Trochę kontekstu. Koleżanka też niedawno się rozstała więc sobie czasem dodajemy otuchy.

– Trudne są takie rozstania – napisała. – Ale wierzę, że jak raz przejdę uczciwie wszystkie etapy bólu po stracie to już będzie łatwiej.
– No, ma to sens. Dla mnie najgorsze byłoby rozstanie połowiczne.
– Tak, bo się czeka i żyje nadzieją.
– Co za rozmowy, jak Anonimowy Rozstańcy.
– Anoniomowi Depresanci też są.
– A Anonimowi Desperaci?
– Są. Ale ciężko utrzymać taką wspólnotę, bo to wymaga zaangażowania członków. A ludzie którym jest lepiej i wyleczą się z rozstania lub depresji nie wrócą. Brak takich, co dzieli się wieloletnim doświadczeniem. Dlatego uzależnienia się sprawdzają.
– Czemu?
– Bo uzależniasz się od wspólnoty, hehe.

Jak widzicie, koleżanka chodzi na meetingi. Ja jeszcze w życiu nie byłem, ale byłem na terapii i o meetingach słyszałem. Czytałem też książkę o DDA (dorosłe dzieci alkoholików) i dwunastu krokach, ciekawy temat.

– A tobie jak dzisiaj? – spytałem. – Brzuch, trzęsienie dupy, sentymenty?
– Zmęczona zlotem (meeting). Mega emocje i dużo łez. Ale nie, nic z tych rzeczy o które pytasz. Chciałabym już móc uprawiać seks po prostu bez moralniaka.
– To zaproszenie czy dopiero flirt?
– Z tobą już to robiłam więc bym zapytała wprost. Na razie nie umiem, mam blokadę.

Kategorie
duchowość filozofia psychologia

Bhakti-joga, co to?

Dużo myśli przychodzi mi do głowy. Z jednej strony chciałbym napisać o bhakti w sposób podręcznikowy i bezosobowy, a z drugiej zupełnie mija się to z celem zarówno blogowania jak i… samej filozofii bhakti. Żyję tym i chyba najfajniejsza perspektywa będzie taka, jaką mogę zaoferować bez owijania w bawełnę, czyli perspektywa wyznawcy, sekciarza i ucznia swojego mistrza.

Zadaję też sobie pytanie, do kogo piszę tego posta. Bo jest on specyficzny, mówi przecież o kwestiach wiary. Czy np. Katolik powinien porzucić taki tekst w przedbiegach? Myślę, że nie. Czy ateista powinien zacząć na boczku szukać argumentów dyskredytowania takiej postawy? Nie sądzę. Czy inny bhakta (osoba na ścieżce bhakti-jogi) znajdzie tutaj coś ciekawego? Być może. A być może powinni przestać czytać. It’s up to you.

Kategorie
filozofia psychologia retoryka

Duchowe pominięcie

czyli o roli transcendencji we współczesnych modelach psychologicznych

Psychologia jako nauka bywa w swym rozwoju zabawna, zwłaszcza gdy umniejsza znaczenie transcendencji w życiu człowieka. Im współcześniejsza i naukowa, tym bardziej ewolucyjna i biologiczna, a mniej opisowa tam, gdzie nie da się zastosować metody naukowej. Niniejszy esej będzie oceną wybranych treści z popularnego podręcznika do psychologii pt. Psychologia. Kluczowe koncepcje Philipa Zimbardo, dotyczących elementów transcendencji (a raczej ich eliminowania), z perspektywy filozofii nauki.

Gdzie są wyniki?

Niezwykły temat, który psychologia naturalnie zaczęła badać poprzez introspekcję, nie przyniósł jej wymiernych rezultatów. To, co ktoś poczynił na drodze wglądu, trudne było do zreplikowania, a to przeszkadzało w nazywaniu wyciągniętych na tej drodze wniosków naukowymi. Ze skrajną pomocą nadszedł później behawioryzm, dzięki któremu dało się przeprowadzać skuteczne eksperymenty laboratoryjne i wyciągać na ich podstawie generalizacje w odniesieniu do zachowania gatunku ludzkiego. Jednak kolejne podejścia, coraz bardziej biorące pod uwagę wpływ kultury na jednostkę oraz płynne kształtowanie się jej postaw, a nie tylko to, do czego skłonna jest ona w warunkach hermetycznych, zdają się nadawać dzisiejszej psychologii całkiem sensowny obraz człowieka i powodów jego działań. Ale czy tak jest na pewno? Odpowiedzi rozstrzygające są w nauce raczej bazą do nowych pytań, zatem pytanie o pewność jest bardziej retoryczne. Spróbujmy jednak tej retoryce uczynić zadość. 

Piramida bez głowy

Weźmy przykład bardzo popularny, a mianowicie piramidę Maslowa. Opisuje ona potrzeby człowieka w hierarchii, w której każda kolejna potrzeba służy jako podstawa do kultywowania kolejnej. Przypomnijmy: potrzeby biologiczne/fizjologiczne, bezpieczeństwo, przynależność i miłość, szacunek, samorealizacja, transcendencja. Model ten, z pozoru spójny, poddany został jednak kilkukrotnej krytyce. Przykładowo jedna z tych analiz krytycznych wskazywała na brak uwzględnienia w modelu Maslowa różnic kulturowych, a inna z kolei na fakt, że struktura potrzeb jest bardziej płynna niż hierarchiczna i zależy od kontekstu, w którym znajduje się jednostka. Ponadto, coraz ważniejsze stało się to, aby hierarchię motywów rozpatrywać w kontekście ewolucyjnym, gdzie najważniejszymi motywatorami są przetrwanie, rozmnażanie oraz przetrwanie potomstwa. Mówiąc krótko, rewizja hierarchii potrzeb Maslowa z perspektywy psychologii ewolucyjnej doprowadziła do uproszczenia wierzchołka jego piramidy. Samorealizacja i transcendencja zostały zastąpione w rezultacie dobieraniem się w pary i rodzicielstwem.

Kategorie
filozofia psychologia retoryka

Inteligencja miłości

jako propozycja uproszczenia teorii wokół tematu inteligencji

Co prowadzi nas do miłości? Oto pytanie, które angażuje inteligencję. Dlaczego? Ponieważ skłania nas do rozróżniania (odpowiadania na pytanie to czy tamto?), w kontekście najważniejszego czynnika ludzkiej samorealizacji – miłości, której wartość podkreślają nawet ludzie w pełni zrealizowani. Z definicji więc: inteligencja jest tym, co prowadzi nas do miłości.

…wybór, który prowadzi do miłości
oraz ten, który od niej oddala
świadczą o ludzkiej inteligencji…

anonim 😉

W mowie potocznej używamy sformułowania inteligentny wybór lub mało inteligentny wybór. Możemy też usłyszeć skargę, np.: to co zrobiłeś, nie było zbyt inteligentne, a nawet wykrzyknik: co za brak inteligencji! Wnioskując z prostoty tego przekazu, widzimy, że inteligencja jest potocznie rozumiana jako zdolność do podejmowania właściwych decyzji, która może być zarówno wysoko rozwinięta jak i z pozoru nieobecna. Słowo właściwych jest tutaj zależne od podmiotu, który je ocenia.

Co pozostaje bez miłości?

Propozycja inteligencji miłości korzysta z mowy potocznej w równym stopniu, co z obserwacji przypadków, w których osoby mając dobry status społeczny, grono przyjaciół, a nawet wielbicieli oraz korzystną sytuację materialną, były w stanie odebrać sobie życie w wyniku dojmującej rozpaczy, braku nadziei lub poczucia bycia obciążeniem dla innych. Nie brzmi to jak opis profilu osoby, która doświadcza miłości, prawda? Z jednej strony ciężko ludziom, którzy wznieśli się wysoko w hierarchii społecznej odmówić inteligencji adaptacyjnej, a jednocześnie ciężko uznać ich ostatnią życiową decyzję za właściwą inteligencji.

Kategorie
pisanie psychologia

Pisanie o sobie – po co to komu?

Zadajmy sobie dziś pytanie, czy pisanie introspektywne jest dla nas. Zobaczmy też jakie ma cele i jaką proponuje metodę oraz jaka jest pomiędzy nimi relacja.

Po pierwsze cel

Pierwszym celem pisania introspektywnego jest rozpoznawanie związku pomiędzy naszymi doświadczeniami, oczekiwaniami, a odczuciami.

Doświadczenia to coś, co już mamy. Tworzą one tło dla interpretacji kolejnych wrażeń, które odbieramy zmysłami. Przykładowo, ktoś coś mówi, na przykład, Hello!, i na bazie naszych przeszłych doświadczeń odbierzemy ten sygnał na różne sposoby. Być może wcześniej ta osoba witała się z nami inaczej, radośniej, szczerzej – tego typu interpretację nadamy na bazie reakcji, jaką wzbudzi w nas jej powitanie.

Gdyby przed tym Hello!, ktoś spytał nas, Jakie są twoje oczekiwania względem powitań tej osoby?, prawdopodobnie powiedzielibyśmy, Że co? Nie mam żadnych. Jednak kiedy sytuacja ma miejsce, możemy zareagować tak, jakbyśmy oczekiwali innego powitania, Zawsze mówiłeś do mnie “Cześć”, teraz mówisz “Hello”, musiało się coś między nami zmienić, czuję to.

Ostatni punkt, czyli odczucia, to właśnie nasza spontaniczna reakcja na bodziec, którym jest przywitanie. Możemy poczuć przyspieszony puls, zacisk w gardle, rozluźnienie, radość, cokolwiek. Na ich podstawie możemy dokonać nadinterpretacji, to znaczy pomyśleć, Zacisk w gardle mam zawsze wtedy, gdy mam do czynienia z nieszczerością, w takim razie to “Hello” musiało być nieszczere.

To co istotne, to że z taką interpretacją nie ma żadnego problemu. Możemy ufać swoim emocjom bezgranicznie i rozpoznawać swoje odczucia i nasze interpretacje jako niezawodne, powołując się na intuicję i doświadczenie. Nikt nam tego nie zabroni, ani nas do tego nie zmusi. Pytanie tylko, czy jest to dla nas korzystne, tzn. czy czujemy dzięki temu spokój czy raczej wybija nas to ze spokoju lub podsyca nasz niepokój.