Kategorie
filozofia psychologia społeczeństwo

Jak uniknąć mistrzowskiej katastrofy?

Dzisiaj poruszę temat dyplomacji, która miewa nieprzyjemne konotacje. Może się wydawać, że jej stosowanie odbija się na naszej autentyczności, a sformułowanie “po prostu jestem sobą” pada plackiem w kałużę. Ale czy musi tak być?

Redagując ten artykuł, myślałem o tym, jak niezręczne w odbiorze potrafią być anegdoty przytaczane przez osoby, będące w relacji uczeń-nauczyciel. Z jednej strony niosą za sobą konkretne i dość błyskotliwe przesłanie, a z drugiej wystawiają na próbę potencjał ufności.

Co przez to pojęcie rozumiem?

Kiedyś przeczytałem o takim porównaniu zaufania do waluty. Mając w perspektywie, że pieniądze, gdy wydawać je bez umiaru, w którymś momencie się kończą, a jeśli rozsądnie je inwestować, mnożą się, porównanie to jest całkiem trafne, choć nie szedłbym w nim za daleko.

Jednymi z najważniejszych decyzji, które przychodzi mi podejmować w życiu, są te, dotyczące zaufania, a pytanie, czy ufam drugiej osobie wraca do mnie w miarę pogłębiania naszej relacji. Oprócz dawania na wstępie kredytu zaufania, im więcej mam pozytywnych doświadczeń mam z daną osobą, tym łatwiej owo zaufanie dawać dalej. Aż w końcu do chodzi do chwili, gdy ufam jej całkowicie i traktuję jak przyjaciela.

W przypadku relacji uczeń-mistrz, zaufanie wystawiane jest “regularnie na niespodziewaną” próbę. W miarę upływu czasu i doświadczeń z mistrzem, mam przekonanie, że ufam mu bez reszty. Są jednak momenty, takie jak opisane w poniższym artykule mojej siostry z duchowego szlaku, kiedy o zaufanie wcale nie jest tak łatwo. Mam wtedy wrażenie, że mistrz chce mi coś zabrać, pozbawić mnie czegoś bardzo mojego.

Na szczęście, za każdym razem gdy tracę domniemany skarb, jest mi lżej, ponieważ w rzeczywistości był on ciężarem, który dopiero dzięki jego mądrości zaczyna ponownie zamieniać się w coś cennego.
Artykuły takie jak ten, mogą wydawać się naiwne, bo ukazują nauczyciela jako mędrca, a ucznia, jak wierzgającego barana. Dla osób, które nie mają doświadczenia takiej relacji, czyli nie mają mistrza, któremu są poddani, naturalną reakcją na takie anegdoty jest poczucie zagrożenia. Że oto są świadkami, jak ktoś zatraca siebie i własny rozsądek na rzecz kogoś, kto nie działa z czystych pobudek. Nawet jeśli rozsądek tej osoby w obserwowalny sposób przybiera na sile.

Ciężko się temu dziwić. Wykorzystania na tle wiary, czy to fizyczne czy ekonomiczne, są istną plagą. Przyjaźń sprawia, że nie tylko chcemy cieszyć się z radości naszych przyjaciół i przeżywać z nimi nasze oraz ich smutki, ale zachęca nas także do odpowiedzialności, gdy widzimy, że może stać im się krzywda, na którą wydają się być ślepi.

Paradoksalnie, wybicie człowieka ze ślepej wiary, jest właśnie odpowiedzialnością mistrza duchowego. Ludzie, którzy poddają się emocjonalności w kwestiach duchowych, nierzadko oceniani są jak ci, których funkcje intelektualne są obniżone, jako niezdolnych do sceptycyzmu, dystansu oraz, bardziej całościowo, naiwnych czy zwyczajnie głupich. Właściwy jest tutaj balans, tak jak w związku miłosnym, gdzie motylkowy haj jest równie mile widziany, jak sprawny umysł.

Od dobrych siedmiu lat zależy mi na dostarczaniu wiedzy i zrozumienia, które płynie z kultury indyjskiej, takiej, jak ją poznałem. Nie odbyło się to za sprawą żadnej organizacji czy ruchu, którego koniecznie chciałem być częścią, żeby czuć się bezpiecznie, ale raczej w dość naturalny, spokojny sposób. Od rozmowy do rozmowy, osobistych relacji w trakcie podróży.

Czytając poniższy artykuł, chciałbym podkreślić właśnie ten wymiar dialogu z mistrzem. Jest to wpuszczenie drugiej osoby do świata własnych doświadczeń w zaufaniu, że wnosi do niego pochodnię wiedzy.

Bywa, że traktujemy swoje doświadczenia jak prawdę ostateczną, jak określone fakty, których reinterpretacja niezgodna z interpretacją pierwotną, czyli naszą, jest niczym innym jak praniem mózgu.

Na takie pranie, jak wiadomo, i mówię to bez cienia ironii, należy być bardzo czujnym i ostrożnym. Wykorzystać sentyment duchowy człowieka w sposób niezgodny z intencją pism objawionych to najsubtelniejszy gwałt, jaki można mu zadać. Historia pokazuje, że jeśli się go przeprowadzi skutecznie, taki osobnik, a tym bardziej grupa, mogą wyrządzić mnóstwo krzywdy i to wcale nie subtelnej, a wszystko to w poczuciu wiary i zaufania do własnej racji i interpretacji.

Tutaj zakończę wstęp. Mam nadzieję, że ten artykuł/dialog/opowieść wam się spodoba. Dotyczy on dwóch osób, które są mi bliskie i których treści lubię tłumaczyć, przekazywać dalej, a także konfrontować z tym, jak są odbierane. Jest on właśnie efektem jednego z takich przekładów. Zapraszam do lektury.

Lekcja pokory

Bywały lekcje, które otrzymywałam od swojego nauczyciela na bieżąco. Dobrym przykładem była ta, gdy musiałam zmierzyć się ze swoją zazdrością spotkawszy piękną i młodą blondynkę w aszramie. Bywały też lekcje retrospekcyjne. Nauka płynęła wtedy z wydarzeń sprzed lat. Dzisiaj powiem wam właśnie o lekcji tego drugiego rodzaju.

Wydarzenie, o którym mowa miało miejsce ponad dziesięć lat temu, lecz naukę wyciągnęłam z niego dopiero teraz. Mówiąc w skrócie, mój guru roztrzaskał moje ego w drobny pył, a jego słowa, choć mądre, były dla mnie gorzkie jak okropne lekarstwo. Były także niezbędne, bym zrozumiała, w czym rzecz.

Pewnego dnia pracowaliśmy z Babadżim nad książką o psychologii wedyjskiej. Zapytał mnie wtedy, czy mam jakieś znajomości w Stanach Zjednoczonych, czy znam jakieś wydawnictwo, z którym moglibyśmy się skontaktować w sprawie naszego projektu. Powiedziałam mu, że owszem.

Tak się złożyło, że pracowałam wcześniej w jednym z największych wydawnictw w kraju, spośród tych, które zajmują się literaturą duchową. Co więcej, zostałam wybrana przez tamtejszą panią prezes na stanowisko dyrektorskie. 

Zaproponowałam mu, że skontaktuję się z nią i przedłożę jej naszą książkę. “Zobaczymy, co nam odpowie”, powiedziałam. Babadżi był zachwycony, toteż od razu wysłałam do niej maila.

Minęło kilka dni, lecz bez odpowiedzi. Babaji dopytywał, lecz niestety, od pani prezes ani słowa. Napisałam kolejną wiadomość – wciąż nic. Pani prezes nie odpisała również na trzecią wiadomość, natomiast odpowiedź przyszła od jej sekretarki, która chłodno poinformowała, że szefowa nie przyjmuje maili od byłych pracowników i że nie ma czasu ani na rozmowę ze mną, ani na spotkanie.

Byłam w szoku. Naprawdę nie mogła nawet odpisać na zwykłego maila? Przecież książka, nad którą pracujemy idealnie pasuje do profilu ich wydawnictwa! Dlaczego nie może choć rozważyć mojej propozycji? 

Pomimo zdziwienia, nie przejęłam się tym przesadnie. Nonszalancko przytoczyłam nauczycielowi odpowiedź sekretarki, uznając, że sprawa na tym się zakończy. Od razu przeszłam do tematu treści naszej książki, tak jakby temat wydawnictwa w ogóle nie istniał. 

Babadżi nic nie mówił. Jego reakcja wcale mnie nie frapowała, ponieważ milczał dość często. Po pięciu minutach przestałam paplać, żeby nabrać powietrza. Natychmiast wystrzelił z pytaniem:

– Dlaczego odeszłaś z tej pracy w tamtym wydawnictwie?
– Co takiego? Dlaczego? A, dlatego, że ta prezeska była o mnie zazdrosna. No i mnie zwolnili. Nic nie mogłam na to poradzić.
– Dziwne – odrzekł. – Co masz na myśli mówiąc, że była o ciebie zazdrosna? Co się wydarzyło?

Jego pytania, nie wiedzieć czemu, przyparły mnie do ściany. Poczułam, że nie miałam gdzie się przed nimi schować i poczułam ogromną niewygodę. Nagle stałam się bezbronna i odsłonięta, lecz odpowiedziałam: 
– Prezeska zatrudniła mnie na stanowisko dyrektorki w firmie – zaczęłam wyjaśniać. – Za zadanie miałam nawiązywać współpracę z innymi firmami zajmującymi się tematyką duchową i właśnie to robiłam. No, ale chyba robiłam to zbyt dobrze, bo po miesiącu wiceprezeska powiedziała mi, że prezes jest o mnie zazdrosna. A co ja mogłam zrobić? Wykonywałam przecież tylko swoje obowiązki.

Babadżi pytał jednak dalej:
– Coś mi się tu nie zgadza. Dlaczego prezes miałaby być zazdrosna, skoro robiłaś dokładnie to, czego od ciebie wymagała? Nie rozumiem.

Jego dociekliwość sprawiała mi trudność, tym bardziej, że minęło już dwanaście lat od tamtych zdarzeń i niezbyt dobrze pamiętałam wszystkie szczegóły.

Szczerze? Jego pytania zaczynały mnie wkurzać. Miałam wrażenie, że obwinia mnie za to, że zostałam zwolniona z pracy, którą wykonywałam najlepiej jak mogłam! Próbowałam jednak zachować zimną krew. Nie chciałam dać po sobie poznać, jak bardzo jestem poirytowana jego wypytywaniem i uprzejmie mu odpowiedziałam:

– Problem polegał na tym, że miałam nawiązywać współpracę z wieloletnimi przyjaciółmi prezeski. Dała mi listę znajomych i powiedziała, żebym się z nimi zaprzyjaźniła, a ja zrobiłam dokładnie to, czego ode mnie oczekiwała. Ale po czasie, ni z tego ni z owego, zaczęła odbierać mnie jako zagrożenie. Z jakiegoś powodu wydawało jej się, że niektórzy jej znajomi bardziej lubią mnie, niż ją! Dzwonili nawet do niej, żeby mnie pochwalić, a ona najwyraźniej wcale nie chciała tego słyszeć, a przynajmniej tak mi powiedziała wiceprezeska. Tylko co tak naprawdę mogłam na to poradzić? Była o mnie zazdrosna, a ja tylko wykonywałam swoją pracę. Powinna była wziąć się w garść, zamiast wyżywać się na mnie!

– Zaczekaj. Co dokładnie ci powiedzieli, gdy doszło do konkretów? Musieli podać jakiś sensowny powód, prawda? Nie mogli przecież powiedzieć, że cię zwalniają, bo pani prezes jest o ciebie zazdrosna. – dociekał Babadżi.

Poczułam się zaatakowana. Moja twarz zrobiła się czerwona ze złości i poczucia niesprawiedliwości. Powinien przecież być po mojej stronie i zrozumieć mój punkt widzenia! To ja byłam ofiarą tej sytuacji!

– Powiedzieli, że powodem mojego zwolnienia jest likwidacja stanowiska. To wszystko – wyjąkałam. – Ale wiedziałam, że tak naprawdę chodziło o to, że stawiam opór wobec bycia nagabywaną przez wiceprezes. Bo pewnego razu nie wytrzymałam. Na którymś ze spotkań w końcu jej wygarnęłam i zażądałam, żeby przestała mi wreszcie opowiadać o tym, że prezeska jest o mnie zazdrosna, bo przecież nie mogę nic na to poradzić i nie chcę już o tym więcej słyszeć. Parę godzin po tej rozmowie, wiceprezeska i dyrektor działu kadr przyszli do mojego biura i z miejsca wręczyli mi zwolnienie. Cała ta sytuacja była kompletnie bez sensu. Przecież nie miałam wpływu na to, że szefowa jest o mnie zazdrosna. To był JEJ problem!

Babadżi wybuchnął śmiechem. Zdenerwowało mnie to nie na żarty! Jak śmiał w ogóle oceniać tę sytuację jako zabawną?! Wciąż z uśmiechem na twarzy, powiedział: 

–Naprawdę? Niczego nie mogłaś zrobić inaczej?

To chyba wtedy straciłam panowanie nad sobą i wydarłam się na niego:

– Tak, faktycznie! Coś mogłam! Mogłam się od razu zwolnić z tej głupiej roboty, gdy ta idiotka wiceprezes pierwszy raz wspomniała, że prezeska jest o mnie zazdrosna! Nie powinnam była tkwić w tym przez tyle miesięcy i godzić się na ich nadużycia!

Babadżi nie wyglądał, jakby moja wściekłość w jakikolwiek sposób go poruszyła. Kiedy chciał wygłosić puentę, zawsze kontynuował swoją wypowiedź z niewzruszonym spokojem. Również w tamtej chwili, z pełnym opanowaniem, przekonywał mnie do swojego punktu widzenia, choć w moim odbiorze mnie oskarżał: 

– Zostałaś zwolniona ze świetnie płatnej kierowniczej posady. To wcale nie musiało potoczyć się w ten sposób. Sama jesteś sobie winna za to, że cię wyrzucili.

Poczułam się upokorzona.

– Okej, Babaji, dzięki – odburknęłam sarkastycznie.

Znowu się roześmiał.

– Nie chcesz wiedzieć, co zrobiłaś źle? – spytał.

– Nie, nie bardzo – przyznałam szczerze. Miałam już nadzieję, że odpuści. Mimo to kontynuował, kompletnie ignorując mój brak chęci rozmowy. 

– Mogłaś postąpić zupełnie inaczej. Pozwoliłoby ci to zachować tą pracę i zarabiać godziwe pieniądze, a przy okazji spłacić swoją pożyczkę studencką. Problem w tym, że nie masz pojęcia o tym, jak budować relacje z ludźmi w pracy. Kiepski z ciebie dyplomata. Jesteś prostolinijna, co z reguły jest zaletą, ale w tej sytuacji ci to zaszkodziło. Musisz nauczyć się dyplomacji, czy ci się ona podoba, czy nie.

Dotarło do mnie, że nie wywinę się z tej rozmowy. Dopóki Babaji nie upewni się, że zrozumiałam wszystko to, co ma mi do przekazania, będzie drążył, a jako że zupełnie tego nie rozumiałam, to słuchałam go tylko dlatego, aby nie sprawić mu przykrości.

Byłam bardzo poirytowana. Nie uznawał mojej perspektywy i nie dawał mi żadnego wsparcia. Uśmiechnęłam się krzywo i udawałam, że wysłuchiwanie kazania o mojej głupocie strasznie mnie obchodzi.

W głębi duszy czekałam, aż powie, że moja była szefowa to wredna małpa, a wiceprezeska była durną i niedojrzałą mendą. Chciałam poczuć jego empatię, chciałam, aby był na te kobiety zły razem ze mną, bo przecież to ja byłam ich ofiarą. Niestety, akurat na ten temat Babadżi nie miał zupełnie nic do powiedzenia. Rzucił coś wręcz przeciwnego:

– Musisz nauczyć się rozumieć ludzi. Każdy z nas posiada ahankarę (ego) i nikt nie lubi czuć, że ktoś inny jest od niego lepszy, a już szczególnie prezeska firmy. Na pewno nie życzyła sobie, żeby nowa dyrektorka skradła jej przyjaciół. Musisz postawić się na jej miejscu. Tyle chyba umiesz zrobić, prawda?
– Tak, ale przecież na tym polegała moja praca! Co niby miałam robić? – broniłam się.

– Nie ważne na czym polegała twoja praca. Nie o to tutaj chodzi. To, co powinnaś była zrobić, to znać swoje miejsce i postępować adekwatnie. To nie ty byłaś prezeską, prawda? Mimo to zachowywałaś się jak królowa na tronie. Nie byłaś nawet wiceprezeską. Powinnaś była wiedzieć, że nie wolno pyskować przełożonym. Byłaś dyrektorką raportującą do zastępczyni prezesa firmy, a to znaczy, że twoja praca polegała na wspieraniu wiceprezeski w jej obowiązkach, tak samo jak jej praca polegała na wspieraniu szefowej. To właśnie tego, implicite, wymagało twoje stanowisko.

– Ty, niestety, nie wywiązałaś się ze swoich obowiązków – kontynuował. – Zamiast tego, powiedziałaś wiceprezesce, żeby przestała dawać ci rady, co było kompletnie głupim posunięciem. Czy umiesz sobie wyobrazić, jak się poczuła? Kompletnie zlekceważona! A szefowa już od miesięcy miała do ciebie żal. To, co powinnaś była zrobić, to iść do swojej pani prezes i powiedzieć jej, jak bardzo jej przyjaciele ją kochają i jakie wspaniałe rzeczy ci o niej opowiadali. Twoim obowiązkiem służbowym było podtrzymywanie jej ego w stanie nienaruszonym. Tymczasem ty zajmowałaś się swoim własnym ego, bo rozpierała cię duma, że tak świetnie wykonujesz swoją pracę. Gdybyś miała jakiekolwiek pojęcie o tym, jak działa ludzki umysł, powiedziałabyś szefowej jak bardzo ci imponują jej osiągnięcia zawodowe i imperium, które zbudowała, oraz to, jak bardzo jesteś wdzięczna, że dała ci szansę pracy w jej firmie. Ale ty tego nie zrobiłaś. Myślałaś tylko o tym, jak bardzo jesteś niezrozumiana przez przełożonych. Twoja praca polegała na tym, żeby rozumieć twoje przełożone, a nie na odwrót. Żeby to dobrze rozegrać, powinnaś była prezentować postawę pokory, wdzięczności i poddania, ale tobie się wydawało, że jesteś lepsza i mądrzejsza niż ludzie wyżej w hierarchii firmy. W rzeczywistości to twoja ahankara zwolniła cię z tej pracy.

– Wow… – zatkało mnie. – Ostro – powiedziałam. 

Miałam ochotę uciec i zaszyć się w swojej norze jak małe ranne zwierzę. Nie byłam pewna, ile jeszcze wytrzymam tej jego psychologicznej chłosty. I właśnie wtedy zdecydował się zmiażdżyć mnie swoją puentą:

– Pamiętaj, nigdy nie przyćmiewaj swojego mistrza.

Dopiero wtedy pojęłam, o czym do mnie mówił.

Swoją mową spuścił mi takie lanie, że nie miałam nawet siły się bronić i może dlatego jego słowa przebiły się wreszcie do mojego zakutego łba. Spłynęło na mnie uczucie nagłej ulgi, niby monsunowa ulewa, która schłodziła i wypłukała całą moją frustrację, napięcie i złość, które wcześniej się we mnie gotowały.

Mówił dalej:

– Jeśli zapamiętasz tę jedną prostą lekcję, to możesz w życiu zajść naprawdę daleko. Jesteś bystra, pracowita i kreatywna, a do tego masz dobre serce. Masz wszystko, czego potrzeba, żeby odnieść sukces. Jeśli tylko zastosujesz tę prostą radę, wtedy zabłyśniesz najbardziej. Pamiętaj o tym, nigdy nie lśnij jaśniej od swojego mistrza czy przełożonego. To może brzmieć tak, jakbym chciał cię przygasić, ale pomyśl o tym w inny sposób: świeć, owszem, ale nie w sposób niezależny. Niech twoim celem będzie dodawanie światła twojemu nauczycielowi, twoim przełożonym. Pozwól, żeby twój blask ich rozświetlił. I wtedy zaczniesz wygrywać w życiu zawodowym, prywatnym i duchowym, bo ta prosta zasada ma zastosowanie w każdej sferze życia.

– O rany, dziękuję! Twoje słowa w końcu do mnie dotarły. Teraz już rozumiem. Widzę jaki wielki popełniłam błąd w tamtej pracy…

 – Musisz rozwinąć w sobie empatię. Nauczyć się rozumieć jak inni ludzie postrzegają daną sytuację i siebie samych – wyjaśnił. – Rozumiesz? Musisz umieć postawić się na ich miejscu. Większość ludzi, których spotkasz w życiu, będzie uważała, że jest od ciebie lepsza, nawet jeśli nie będą mieli tobie nic do zaoferowania, żadnej wiedzy, doświadczenia czy mądrości. Taka jest natura ahankary. Tak więc, jeśli chcesz kierować się mądrością, postępuj zgodnie z pokorą i traktuj ludzi, jak swoich mistrzów, nawet jeśli wydaje ci się, że nie mają ci nic do zaoferowania. 

– Nikt nas tego nie uczy – kontynuował. – Zazwyczaj niezbyt dobrze nam to wychodzi, gdy improwizujemy. Ważne, żebyś pozostawała w stanie ciekawości. Próbuj wyobrażać sobie jak to jest być na miejscu drugiej osoby i jakie są jej odczucia w stosunku do ciebie. Jak wiesz, na moich zajęciach cały czas uczę o naturze ahankary, ale mało kto pojmuje, o co mi chodzi. Uczę jak być pokornym i o tym jak ahankara podkarmia się pochwałami i komplementami. Mimo to, ludzie nadal codziennie do mnie przychodzą i narzekają. Słuchają moich wykładów i znają te koncepcje od lat, ale wciąż obwiniają innych. Jęczą i biadolą o swoich współpracownikach, albo o ludziach, z którymi żyją na co dzień. Oczekują ode mnie, że stanę po ich stronie i potwierdzę, że to oni mają rację, a tamci źli się mylą. Każdy z nich ma tak nadwrażliwą ahankarę, że nie jest w stanie przyjąć prostych prawd. Dlatego muszę obchodzić się z nimi jak z dziećmi i mówić: „Tak, masz rację. Tamci się mylą. Tak, kocham cię. Nie, nie gniewam się na ciebie.”.

– Serio? Dlaczego nie powiesz im prawdy?
– Zostałbym bez uczniów. Wszyscy by pouciekali, a nie na tym mi zależy, bo warto, aby te nauki przetrwały. Jedyne, co mogę zrobić, to nauczać prawdy na temat ahankary na moich wykładach i pozostawiać każdemu z osobna kwestię zastosowania tych nauk w ich życiu.

– To ahankara jest aż tak wrażliwa?

– Niezwykle wrażliwa. Z reguły, im ktoś jest na wyższym stanowisku, tym jego ahankara ma większe rozmiary. Spójrz na własną sytuację z przeszłości. Byłaś jedynie dyrektorem w firmie, a już zdawało ci się, że jesteś nie wiadomo kim. Dlaczego? Po części dlatego, że sama wcześniej byłaś szefową swojej firmy i dlatego, że masz tytuł MBA renomowanej uczelni. To daje ci podstawy do myślenia, że jesteś bystrzejsza od innych. A mimo to, spójrz jak się czułaś, kiedy zadawałem ci pytania? Czy byłaś zadowolona i gotowa nauczyć się czegoś nowego na własny temat? Nie. Przecież widziałem twój dyskomfort. To było właśnie twoje ego. Ono nie cierpi krytyki. Uważa, że jest idealne. To z powodu natury ahankary wydaje nam się, że jesteśmy mądrzejsi od wszystkich dookoła. Chcesz wiedzieć, co tak naprawdę świadczy o mądrości? Otóż bez niespodzianki, jest to inteligencja emocjonalna i umiejętność bycia w relacjach. Oczywiście, z powodu ego, zdawało ci się, że jesteś świetna w nawiązywaniu relacji, prawda? Wszystkim tak się właśnie zdaje, ale w rzeczywistości często jest dokładnie na odwrót! Żeby tworzyć zdrowe relacji z ludźmi, trzeba posiadać wysoki poziom samoświadomości – umieć rozpoznawać swoje uczucia i myśli. Trzeba także umieć korzystać z własnej empatii i mieć współczucie dla ludzi, gdy są w emocjach lub gdy głośno myślą. To są właśnie obszary, nad którymi musisz pracować, żeby odnosić w życiu sukcesy.

– Bardzo ci dziękuję. Pięknie mi to wyjaśniłeś. Moja ahankara jest teraz dość mocno posiniaczona, ale bardzo doceniam twoje ciężkie w odbiorze słowa. Widzę teraz, nad czym mam pracować.

– Ja również dziękuję ci za to, że zechciałaś tego wysłuchać. Cieszy mnie również twoja chęć pracy nad sobą, bo jeśli przyswoisz tę lekcję, to będziemy mogli razem o tym nauczać w naszej książce o psychologii wedyjskiej i na kursach. Chcę dawać ludziom praktyczne wskazówki na temat ich ahankary w taki sposób, żeby mogli ją sobie obejrzeć dokładnie tak, jak ty doświadczyłaś tego dzisiaj.

– Popracuję nad tym. Moim celem jest spełnić twoje pragnienie – odrzekłam cicho i ukłoniłam się swojemu mistrzowi, który tak szczodrze obdarował mnie swoją mądrością.

Źródło: https://www.jessicarichmondtherapist.com/post/babaji-said-do-you-want-to-avoid-a-disaster-then-never-outshine-your-master
Przekład: Anna Zawadzka

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *